Nieszczęsny dar zwycięstwa

Dawno się tak nie cieszyłem z niczyjego sportowego sukcesu, jak w niedziele, kiedy na podium w Zakopanem stanął Kamil Stoch, chłopak z Zębu. „Upadł król, niech żyje król!” – pisze dziś „Przegląd Sportowy”, a „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita”, jakby wyciągają sobie z ust: „scenariusz jak do filmu z Hollywood”, „takie scenariusze piszą tylko w Hollywood”. I przy całej prasowej skłonności do przesady, nadmiernego patosu, nie są te tytuły, te czołówki bardzo przesadzone. Bo w ten weekend w Zakopanem działy się rzeczy niespodziewanie, diapazon uczuć skakał od euforii, przez zawód, grozę aż po kolejny wybuch radości, a symbolika napisanego przez życie scenariusza, słodko-gorzka przewrotność polskiego losu, mogła znowu skłaniać nas do refleksji, że ten upadek Małysza, nie był żadną zwyczajną sportową katastrofą, lecz upadkiem króla trzydziestotrzyletniego, który ledwie dwa dni wcześniej zasiadł znów na tronie po reelekcji, a to zwycięstwo Stocha nie było zwykłym narciarskim triumfem, ale króla nowego koronacją i że w końcu w gruncie rzeczy to nie w skokach narciarskich jedynie toczyły się zawody, ale toczyły się one także w drugim obok skoków polskim sporcie narodowym, jakim jest symbolizm.

Jakkolwiek scenariusz iście hollywoodzki, a symbolizm bardzo polski, to jednak myśl o upadku starego króla i narodzinach nowego może nie przetrwać do następnych zawodów Pucharu Świata, nie mówiąc już o Mistrzostwach Świata w Holmenkollen. Cieszyłem się bardzo ze zwycięstwa Kamila Stocha, bo jest coś niebywale pięknego w tym triumfie, jak w każdym nieczęstym tego typu zdarzeniu, które następuje w tak dramatycznych okolicznościach i to w dodatku na ojczystej ziemi. Ale jednocześnie zasępiło mnie ono bardzo, bo spowiła mi je w głowie, jak mgła, myśl o innych podhalańskich chłopcach, którzy równie niespodziewane zwycięstwa na skoczniach świata odnosili i korona, którą im potem zakładano na głowę ciężka była tak, że już dalej nie mogli w niej skoczyć, a o ile fizycznie, znając moc góralskich głów, mogli ją jeszcze jako tako utrzymać, to już psychicznie jej ciężaru za nic nie byli w stanie unieść. 

Osiągnąwszy mistrzostwo w skokach, zostawali z koroną na głowie, walcząc już tylko o mistrzostwo, ale w zgoła innej dyscyplinie. W tej nie spadali już nawet na bulę, ale gorzej, bo wprost do sportowego rynsztoka.

Tak swoje mistrzostwo olimpijskie przypłacił Wojciech Fortuna. Tak Mistrzostwo Świata Juniorów w 2004 r. okupił zaledwie rok starszy od Stocha Mateusz Rutkowski. Natomiast inny chłopiec spod samiućkich Tater, Robert Mateja, tak się tego losu podhalańskiego skoczka przeląkł, tak się tej góralskiej ślepej fortuny przestraszył,  że gdy prowadził w 1999 r. przed własną publicznością na Wielkiej Krokwi przed Funakim i Ahonenem, to w drugiej serii konkursu najkrótszy skok na odległość 99 m oddał, gdy tylko gryzącą, wysokoprocentową woń nadciągającego zwycięstwa unoszącą się nad trybunami poczuł.

Dlatego z troską wielką patrzę na Kamila, który z tej samej podhalańskiej ziemi zrodzony, z tej samej góralskiej krwi przepalany, w innym niż pokorny ewangelicki synek Adam Małysz, podatnym na pokusy ciała katolickim klimacie wychowany. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten nieszczęsny dar zwycięstwa, to triumfalne brzemię godnie uniesie i nie upadnie pod jego ciężarem.

Na szczęście mianowanie go nowym królem jest jeszcze nieco przedwczesne. Stochomania nam raczej nie grozi. A co najważniejsze nie grozi młodemu skoczkowi, bo chłopak z Zębu, w przeciwieństwie do chłopaka z Wisły, szaleństwa na swoim punkcie mógłby nie wytrzymać.

To na pewno wielce utalentowany skoczek, który długo i ciężko pracował na to zwycięstwo i na nie bez wątpienia zasłużył, choć odniósł je w dziwnym konkursie, w którym wprawdzie odbyły się dwie serie i w drugiej serii pokazał on mistrzowską klasę, ale w którym przy panujących warunkach nie skakano, umówmy się, na najwyższym światowym poziomie, a większości zawodników bardziej niż na zwycięstwie, zależało raczej na bezpiecznym lądowaniu.

Pokazał więc mistrzowską klasę, ale nie sądzę, żeby okazał się brylantem na miarę Małysza. To zweryfikuje dopiero konkurs, w którym skrzydła będą mogli w pełni rozwinąć Kofler, Morgenstern, Ammann, no i Małysz. Bo mistrz wprawdzie upadł, ale należy to zdarzenie traktować w kategoriach zwyczajnego pecha. Szczęśliwie nie niesie ono za sobą żadnych poważnych konsekwencji. A na Mistrzostwa Świata w Oslo to Małysz ciągle pozostaje głównym polskim kandydatem do medalu, zwłaszcza że, jak liczne przykłady pokazywały  – taka chyba psychiczna konstrukcja skoczków – upadki często prowokowały późniejsze sukcesy, a skoczkowie zwożeni jednego dnia z zeskoku toboganem, kilka tygodni później latali jeszcze dalej. Aż na stopnie podium.

Kamil Stoch wytrzymał wielką presję, co należy podziwiać, ale traktować jednocześnie jako trening mentalny przed presją, jaką będzie musiał wytrzymywać teraz, a zwłaszcza za miesiąc na Mistrzostwach Świata.

1 myśl w temacie “Nieszczęsny dar zwycięstwa

  1. carlos@opoczta.pl

    „Dramat zwierząt w Chinach – żywcem gotowane, żywcem obdzierane ze skóry” (wideo drastyczne). http://szelest-stron.pl/dramat-zwierzat-w-chinach-zywcem-gotowane-zywcem-obdzierane-ze-skory.htmlto ode mnie:Pewien pomysł mi zaświtał – mianowicie chodzi o bojkot. Trzeba by jak najwięcej ludzi poinformować o tym, nagłośnić sprawę gdzie się da (ale także ostrzegać przed obejrzeniem np. tego tutaj zamieszczonego filmiku, bo można przeżyć niezły wstrząs) i zbojkotować kupno produktów” made in china”. Jeden człowiek, kilku, kilkuset – nie wiele to da, ale zakładając, że jest wiele milionów Polaków (koncentruje się teraz w tym pomyśle na Polsce) którzy nie mogą przejść obojętnie widząc/wiedząc o takim okrucieństwie ma to naprawdę duży sens.Przypuśćmy, ze 5 milionów Polaków decyduje się na taki krok i nie dokonuje zakupów niczego co pochodzi z Chin – wtedy chodzi już o naprawdę duże pieniądze (a zakładam choć informacji na ten temat nie mam, ze kolosalna ilość produktów w Polsce jest produkcji chińskiej – także wiele znanych zachodnich marek jest produkowane w Chinach).To wywołało by dyskusje – nie tylko u nas, ale na całym świecie, a przynajmniej zainteresowane były by kraje, których fabryki znajdują się w Chinach no i same Chiny. Zakładam, ze wielu innych obywateli innych państw tez podłapało by ten pomysł.Oczywiście nie zaszkodzą petycje, apel do rządów państw, ale patrząc chociażby na polskie realia to z pewnością nic to nie zmieni. Nawet jeśli władza Polski rozpoczęła by działania w tej sprawie, to nie sadze żeby jakieś odważne/radykalne czyny z ich strony wyszły.W jedności siła! Już odbiegając od tematu, to jestem przekonany, ze już teraz w tym okresie i stopniu rozwoju technicznego jesteśmy jako ludzkość w stanie całkowicie wyeliminować problemy głodu, braku wody pitnej, etc. – jednym zdaniem to każdy obywatel Ziemi mógłby mieć zapewnione minimum potrzebne do życia, a potrzebna jest tylko dobra wola każdego/ogółu. Terenów uprawnych by zaspokoić potrzeby konsumpcyjne całej ludzkości nie brakuje. Juz taka Polska ma terenów by wyżywić 80mln ludzi – wszystko tak naprawdę zależy od Nas ludzi. Gdyby każdy chciał zmian, chciał pracować nad sobą to raj mógłby być już tu i teraz, zresztą mógł być zawsze….Odbiegłem od głównego tematu, tak wiec wracając do niego to naprawdę uważam to za dobry pomysł. Znaczny spadek zapotrzebowania na produkty produkcji Chińskiej z pewnością wywoła dyskusje i zmusi rząd Chiński do działań w swoim interesie, a wiec do zaprzestania mordowania w bestialski sposób zwierząt – nie tylko psów i kotów, bo pewnie inne tez tak są zabijane.Zresztą jak ktoś tutaj pisał w komentarzu, to i w Polsce zabija się zwierzęta przez poderzniecie gardeł – mniej okrutne od zdzierania skory, ale i tak okrutne, wiec i z Polska rzezią warto się jakoś zająć.Osobiście jestem za wegetarianizmem – sam zrezygnowałem z jedzenia ptaków, ssaków, ryb, płazów etc. co prawda dopiero od jakichś 7 miesięcy , ale uważam, ze to słuszna droga. Rzecz jasna przestałem kupować wyroby , które zawierają w sobie pochodne zwierząt. Nie dawno zauważyłem nawet ze „Danio” Danone’a zawiera żelatynę wieprzowa :).Nie oczekuje, ze zwierzęta przestana być zabijane, bo wielu się na to nie zgodzi. W niezbyt dalekiej przyszłości brak mięsa w pożywieniu, a także brak jakiejkolwiek przemocy wobec wszelakich zwierząt będzie faktem, ale nie ma co wybiegać w przyszłość i czekać, ze samo się to zrobi.Celem bojkotu było by zaprzestanie takiego sposobu zabijania zwierząt w Chinach i jest to możliwe, ale potrzeba by jedności naprawdę dużej grupy ludzi.Co o tym sadzicie?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *