Marzec końców wielkich karier

Skończył się wreszcie marzec. A był to marzec końców wielkich karier. Oczywiście medialnie zdominował wszystko koniec jednej kariery. W sobotę 26 marca ostatni skok oddał Adam Małysz. Media rzuciły się na temat, napisały i powiedziały wszystko o jego życiu i sukcesach już prawie miesiąc wcześniej, gdy tylko ogłosił swój zamiar. Nutka patosu, sentymentów i wzruszenia były tu oczywiście jak najbardziej na miejscu. Sam temu uległem pisząc swój tekst o Małyszu, który pierwotnie miał nosić tytuł „Dekada dekarza”, bo minione 10 lat, to była jego epoka i nie będzie przesadą stwierdzenie, że z polskiej perspektywy był najważniejszą postacią tej przedłużonej o 3 miesiące pierwszej dekady XXI wieku. Ale inne media poszły oczywiście dużo dalej w ubieraniu w słowa swojej nowiny o końcu kariery Mistrza. Tak daleko, że sam Małysz musiał je strofować. Nie mówcie o „pożegnaniu” – apelował – bo to brzmi tak, jak bym umarł. A gazety mimo wszystko ciągnęły ten ton aż do absurdu mówiąc, że „tak go zapamiętamy” albo że „jego skoki na zawsze pozostaną w naszej pamięci”, wydając nawet 32-stronnicowe – co z tego, że jak w przypadku dziennika „Polska”, wypełnione od deski do deski banałami – wkładki okolicznościowe podsumowujące jego karierę.
Fakt, był z nami przez wiele lat, zajmował nam czas w nudne zimowe sobotnie popołudnia, był gościem na niedzielnych obiadach, ale coś się kończy, coś się zaczyna. Dobrze, że z końcem kariery Małysza, zaczyna się być może – a przynajmniej na taki początek rokuje – czas triumfów Kamila Stocha. Owszem, nie będzie już tym samym, kim był Małysz. Nawet, gdy będzie wygrywał, nie sądzę, żeby społeczny entuzjazm, euforia, szaleństwo wokół jego osoby dorównały choćby temu, co działo się wokół Adama Małysza. Przy nim wypływał na wierzch cały nasz polski kompleks, a on go nas z niego jednocześnie leczył. Bo wygrywał z gigantami nart, z przedstwicielami krajów-kolebek narciarstwa, zarówno alpejskich, jak i skandynawskich. Pokonywał Niemców, Austriaków, Norwegów i Finów. Udowodniał, że nawet w tak hermetycznej dyscyplinie, jak skoki narciarskie królewski tron nie jest przypisany do ludzi urodzonych w Alpach czy na Północy Europy. Ale też leczył nas z głębszych kompleksów niż tylko z tych związanych z brakiem sukcesów w sportach zimowych. Pozwalał uwierzyć, że polski sukces jako taki na arenie międzynarodowej, którego nam po 1989 r. tak brakowało, jest nie tylko możliwy, ale osiągalny nawet dla prostego chłopaka z małego miasteczka, bez zaplecza finansowego, znajomości w odpowiednich sferach, a nawet bez wykształcenia, posiadającego jedynie talent i ogromną chęć do pracy. Oprócz tego na pewno dla wielu z nas, fascynacja jego sukcesami, była jakimś antidotum na nie tylko te narodowe, ale swoje własne, osobiste kompleksy. Ja sam oglądałem jego wyczyny trochę z pozycji niespełnionego sportowca, który jak wielu niespełnionych sportowców marzył potem o zostaniu dziennikarzem sportowym. Przy Małyszu kilka razy mogłem wczuć się w tę rolę, będąc już dziennikarzem raczej niesportowym.
W moim życiu był jednym z dwóch najważniejszych Adamów. Tym drugim czy raczej pierwszym, był od zawsze, od kiedy tylko zacząłem współpracować z Tygodnikiem Powszechnym, nasz redaktor naczelny, ks. Adam Boniecki. Dlatego tak bardzo symboliczne było to zakończenie karier Adamów dwóch: Bonieckiego i Małysza, tego samego dnia 26 marca. Oczywiście symbolicznie chciałem uczcić – bo przecież nie pożegnać! – jednego i drugiego osobiście, swoją obecnością na ich benefisach. Udało się być i w Krakowie w Sukiennicach na Benefisie ks. Adama Bonieckiego i w Zakopanem na Benefisie Adama Małysza. Być obok nich, złożyć hołd, który za to co dla nas robili przez tyle lat, tak bardzo im się należał. Mówimy: dziękujemy, ale nie: żegnajcie, bo przecież pozostają w swojej działalności sportowej i dziennikarskiej, zmienia się tylko ich działalności charakter. Nie będzie już Małysza skoczka, mistrza świata, króla skoczni. Ale będzie ciągle Małysz wielki motywator, autorytet sportowy, może w przyszłości trener. Nie będzie też już naczelego Bonieckiego, nie będzie wizyt w jego gabinecie, w którym z racji swoich licznych wyjazdów i tak był ostatnio rzadko uchwytny. Ale pozostanie przecież Boniecki publicysta, komentator życia publicznego i ostry, ale sprawiedliwy recenzent działalności polskiego Kościoła. Jeden i drugi Adam są nam ciągle potrzebni, co podkreślał w swoich wystąpieniach prezydent Komorowski. Mam tylko nadzieję, że my będziemy ich nadal potrzebować, tak jak wtedy – w ostatniej dekadzie, kilkunastu latach, całym życiu – gdy robili dla Polski kawał dobrej roboty.
 
***
 
A to przecież nie jedyne wielkie kariery, które zakończyły się w marcu. Inny wielki skoczek narciarski Janne Ahonen skończył swoją karierę po raz drugi. Chyba marcowe zakończenia kariery mu się spodobały, chociaż wcale mu tak, jak Małyszowi nie wychodzą. Lepiej jednak skończyć raz a dobrze. Z funkcji przywódcy politycznego Tybetańczyków zrezygnował Dalajlama, w czym Chińczycy od razu wywęszyli podstęp i fałsz. Chociaż jeśli ktoś potrafi wyprodukować podróbę zakończenia kariery to zapewne właśnie tylko z metką: Made in China. Pałeczki do perkusji i mikrofon odłożył na dobre Phil Collins. Człowiek, który już od 20 lat zapowiadał ten moment i wreszcie poznaliśmy prawidłową interpretację piosenki „In The Air Tonight” („I can feel it coming in the air tonight, Oh Lord/ I’ve been waiting for this moment, all my life, Oh Lord”). Tego samego dnia  (a może jednak o to chodziło w owianym legendą tekście piosenki?!) na Ziemię po ostatnim kosmicznym locie zleciał wahadłowiec Discovery. No i w ostatniej akcji marca, w doliczonym niemalże z okazji wiosny czasie gry, reprezentacyjne korki na kołku postanowił zawiesić Michał Żewłakow. Ale przepraszam, już się chyba trochę zapędziłem, bo miałem pisać jedynie o końcach wielkich karier, a nie karier jako takich czy też karier, które pamiętały innych wielkie kariery.
Zaczął się kwiecień i mam nadzieję, że nikt wielki już w kwietniu kariery nie skończy. Ani wielki ani mały. Bo kwiecień to nie jest dobry miesiąc do kończenia kariery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *