Księstwo Open’er. Festiwalowe podsumowanie

W niedzielę w nocy, a właściwie w poniedziałek nad ranem zakończył się 10. Festiwal Open’er w Gdyni. Z lekkim opóźnieniem, jak czas powrotu pociągiem z Trójmiasta do Krakowa, porządkuję w głowie myśli, opinie, wrażenia po tym wydarzeniu.

Jubileuszowa edycja była pełna kontrastów, niespodziewanych zwrotów akcji, wahających się nastrojów od zawodu do zachwytu. Przypominała trochę tegoroczną kapryśną festiwalową pogodę, w której był i zacinający deszcz, i silny wiatr, i przenikliwy chłód, ale i słońce, ciepło, bezchmurne niebo. Występujące na gdyńskim lotnisku Kosakowo gwiazdy też grały w rytm pogodowych kaprysów, czasem znakomicie, zgodnie z prognozami z innych europejskich festiwali, czasem wytrzymując presję wiszących nad ich koncertami chmur napompowanych przez media oczekiwań, czasem serwując niespodziewaną ulewę, czasem zaś z kolei wysyłając publiczności trochę ciepła – by sparafrazować słowa piosenki otwierającego jeden z festiwalowych dni zespołu Sistars.

 

Nie znaczy to bynajmniej, że gwiazdy dostosowywały się do pogody, poddawały jej, grały w duchu narzuconego przez nią nastroju. Czasami na tegorocznym Open’erze było dokładnie odwrotnie. Choć to pogoda chciała rozdawać karty, dyktować swoje warunki, wpływać na ostateczną ocenę scenicznych widowisk, musiała jednak w końcu ulec prymatowi muzyki. Najlepszym bowiem dniem festiwalu bezapelacyjnie ogłosić można ten, który też bezsprzecznie był najgorszym pogodowo na tegorocznym Open’erze, a i być może w jego całej dziesięcioletniej historii (openerowy weteran poprawi mnie tu i przypomni deszczowe koncerty Beastie Boys i Groove Armady w 2007 r, a ja odpowiem, że wtedy było jednak chyba nieco cieplej). Deszcz siąpił przez cały piątek, by swoje apogeum osiągnąć podczas koncertów gwiazd wieczoru. Przy silnym wietrze dochodzącym w porywach do 60 km/h padał nawet na główną scenę festiwalu, która, wydawać by się mogło, swoim dachem nad głową dawała wykonawcom przewagę nad skazaną na kaprysy gołego nieba publicznością. Już supportująca piątkowego headlinera Monika Brodka nie poddała się jednak upiornej aurze. Choć po mniej więcej 40 minutach koncertu, który potwierdzał zarówno talent wokalny młodej piosenkarki, jak i świetne recenzje jej ostatniego albumu „Granda”, musiała przerwać koncert, bowiem deszcz zalał niemal wszystkie instrumenty członków towarzyszącego jej zespołu. Brodka powróciła na scenę z jeszcze jednym półakustycznie wykonanym utworem, a gdy wysiadł nawet prąd, przeprosiła publiczność i zaśpiewała utwór Cindy Lauper „Girls Just Want To Have Fun”. A capella!

 

To był tylko przedsmak największych openerowych emocji, jakie tego wieczoru na głównej scenie zapewnili widzom Pulp i Foals. Dodatkowym smaczkiem ich koncertów miało być to, że zespoły te po raz pierwszy występowały w naszym kraju, podobnie, jak headlinerzy trzech pozostałych dni festiwalu: Coldplay, Prince i The Strokes oraz M.I.A., Primus i wielu innych openerowych wykonawców.

Koncert Pulp był jednym z najbardziej oczekiwanych na tym festiwalu ze względu na niedawną reaktywację tej szczególnie popularnej w latach 90. formacji. Charyzmatyczny wokalista Jarvis Cocker i jego zespół stworzyli niezapomniane widowisko, podobnie jak na otwierającej wiosenno-letni sezon festiwalowy barcelońskiej Primaverze, gdzie ich występ zgodnie okrzyknięto najlepszym na festiwalu. „To będzie koncert, który na pewno zapamiętamy. Nigdy nie byliśmy tak mokrzy” – podkreślał podczas gdyńskiego koncertu Cocker przecierając zaparowane okulary. Czarował publiczność przez cały koncert swoją sceniczną osobowością, energią, która nie wyparowała z niego mimo pięćdziesiątki na karku i ponad 30 lat na scenie oraz nadal świetnym głosem. Próbował zagadać deszcz zabawnymi kwestiami, słownymi grami, jak w pytaniu „Gdansk, do you want to gdance?” (Gdańsk, czy chcesz gdańczyć?) Pulp porwał publiczność od samego początku, od dźwięków „Do You Remember The First Time?”, przez znane „Disco 2000” czy „Babies” i dedykowany publiczności („Jesteście hardkorowi!”) „This Is Hardcore”, doprowadzając ją do kulminacyjnego szaleństwa w finalnym „Common People”, największym swoim przeboju. Udowodnił, że mimo lat nieobecności na scenie, jest jedną z najważniejszych postbeatlesowskich grup świata, choć jej lider, ekspresyjnym zachowaniem na scenie połączonym z gibkością ciała przypomina raczej Micka Jaggera sprzed kilkunastu lat niż Johna Lennona.

Publiczność oprócz mokrych włosów Cockera na długo zapamięta też obraz Candidy Doyle opatulonej od stóp do głów, jak ukraińska babinka, stojącej za okrytym folią keyboardem. Podobnie jak cały koncert Foals. Zespół, który nie potrafił mnie wcześniej poruszyć swoimi studyjnymi nagraniami, na żywo dowodził, że jak najbardziej zasłużył na występ na głównej scenie festiwalu. Wykonywane na żywo utwory brzmiały, jak ich zupełnie nowe, rozbudowane i wzbogacone o rockowy pazur wersje, a wokalista i gitarzysta Yannis Philippakis ryzykował porażenie prądem wychodząc z gitarą elektryczną w korytarz pomiędzy stojących w deszczu fanów. Po czym grał i śpiewał tak, jakby od powodzenia tego koncertu zależał los pogrążonej w kryzysie ojczystej Grecji, z której jako dziecko, 20 lat temu emigrował do Oxfordu.

 

Przy tych koncertach bladły inne występy z głównej sceny, zwłaszcza te czwartkowe i niedzielne, choć aura nie stawiała grającym wtedy muzykom tak wysokiej poprzeczki. The National nie tylko sprawiali wrażenie ospałych, ale ich wokalista sam się do tego na scenie przyznał i to w momencie, gdy po 20 minutach koncertu ja już zaczynałem ziewać. Może lepiej melancholijna, smutna muzyka tego zespołu zaistniałaby w scenie namiotowej, w przestrzeni choć trochę zamkniętej. Kto bowiem uważał ten koncert za pasjonujący, musi chyba pracować w korporacji. Albo cierpieć na brak  wrażeń z innego powodu.

W znacznie lepszej formie koncertowej przyjechał do Polski Coldplay, chociaż może w nie najlepszym momencie, bo przed wydaniem nowego albumu, z którego kilka nieznanych jeszcze zupełnie utworów znalazło się na openerowej setliście. Muzycy Coldplay grają na koncertach, tak jak wyglądają, grzecznie, czysto, przyjemnie. I właśnie może zbyt grzecznie, za czysto, za bardzo przyjemnie, tak, że nawet w chłodny wieczór robi się człowiekowi jeszcze chłodniej. Ale cóż, widocznie nazwa (po angielsku zbitka wyrazów „zimna” i „gra”) zobowiązuje. Ale to, że nie grają na tegorocznym festiwalowym tournee „Talk” i „Speed of Sound”, można już mieć im trochę za złe.

W niedzielnym koncercie The Strokes z kolei gitarowego brudu, szaleństwa nie brakowało, w przeciwieństwie do zgrania i dobrego kontaktu z publicznością. Za dużo w tym było wymuszonego gwiazdorstwa, kryjącego się za fasadą ciemnych okularów wokalisty Juliana Casablancasa. Gdy ten stracił je podczas wycieczki w tłum pod koniec koncertu, zespół zszedł ze sceny nawet bez pożegnania.

 

Prawdziwie książęcą lekcję czarowania publiczności mógłby za to dać swoim młodszym kolegom z głównej sceny Open’era sam Prince.

Ale zanim pojawił się na głównej scenie w sobotę, wystąpił na niej mocno progresywny, hardrockowy Primus, znany przede wszystkim z lat 90. z wyeksponowanej w swojej muzyce linii basu. Lider zespołu, Les Claypool, choć nie wygląda już, jak młody mechanik z warsztatu na pustyni Mojave – w kamizelce, marynarce, kapeluszu, z brodą i w okularach przypomina raczej medyka i rewolwerowca, który urwał się z planu jakiegoś westernu  – nadal czaruje świeżością gry na gitarze basowej i elektrycznym kontrabasie. Primus, choć muzycznie w znakomitej formie, pozostawił lekki niedosyt stawiając raczej na rozbudowane instrumentalne jamy mniej znanych utworów niż na prezentację tych najlepiej kojarzonych (choć zespół nie miał nigdy wielkich przebojów!). Nie zabrakło tylko „Jerry Was A Race Car Driver” i „My Name Is Mud”. Claypool sam był nieco zaskoczony – choć bynajmniej nie speszony! – faktem supportowania ze swoim zespołem Prince’a.

Koncert tego był najbardziej oczekiwanym widowiskiem 10. Open’era. Zgromadził też z pewnością największą publikę, która mogła cieszyć się możliwością podziwiania po raz pierwszy w tej części Europy Księcia muzyki. Książe, odziany w złoty migoczący tysiącami cekinów nawet po zgaszeniu światła (do czego sam kilkakrotnie namawiał oświetleniowców) garnitur wraz ze swoim znakomitym muzycznym dworem, który tworzyły przede wszystkim panny nadobne, wspierające go anielskimi głosami, przyjmował ponad 60 tys. zgromadzonych na audiencji poddanych z iście książęcymi manierami. Wizytując po raz pierwszy nowe ziemie w swoim globalnym księstwie wyznawał poddanym, że ich kocha, po czym pytał – jakby tylko dla podłechtania swego książęcego ego – „Czy wy też mnie kochacie?” „Pozwólcie mi zająć trochę czasu, uwielbiam ten utwór” – mówił wygrywając na gitarze pierwsze akordy „Purple Rain”, a książęca machineria wystrzeliwała w zgromadzonych purpurowy dym i złote konfetti. Książe grał największe przeboje, takie jak „Kiss” czy „Nothing Compares 2 U” i tak przez ponad dwie godziny, bo gdy już żegnał się i schodził ze sceny, zebrani błagali o jeszcze jeden bis. A on, jak mądry, dobry władca spełniał zachcianki ludu i aż czterokrotnie wracał na scenę, także po to, żeby samemu oddać hołd innemu muzycznemu władcy ze swojej epoki, grając „Don’t Stop ‘Til You Get Enough” Michaela Jacksona.

Po zakończeniu koncertu niemogącego się rozstać z publicznością Prince’a, dyrektor Open’era podziękował widzom za dziesięć ostatnich lat kilkunastominutowym pokazem sztucznych ogni do towarzyszącego mu specjalnie zmontowanego teledysku ze zdjęciami i muzyką najważniejszych gwiazd występujących w ciągu dekady na festiwalu.

 

Najdziwniejszy koncert festiwalu dała na głównej scenie w niedzielę M.I.A. Właściwie pisząc to, sam nie wiem, czy słowo „koncert”  jest w tym przypadku właściwe, bo był to ni to koncert, ni performance, ni pokaz video-artu, ni manifestacja polityczna, ni dyskoteka, choć jednocześnie do opisu tego widowiska pasują wszystkie te słowa na raz.

Ta nietuzinkowa artystka, tamilska tygrysica muzyki, choć – jak sama krzyczała ze sceny –wywodząca się z Londynu, wraz z towarzyszącym jej mocno sfeminizowanym zespołem przewróciła do góry nogami wszelkie koncertowe zasady i konwenanse. Niczym totalna antygwiazda pozostając przez cały czas trwania widowiska w ostentacyjnym półcieniu, nie będąc filmowana przez kamery zrzucające obraz na telebimy, ale jednocześnie zapraszając na scenę, ku przerażeniu organizatorów, cały tłum fotoreporterów, a następnie wciągając na nią kilkudziesięciu fanów skaczących w rytm szaleńczego bitu do protest-songu „Born Free”.

Dużo bardziej konwencjonalny był koncert młodziutkiej Brytyjki, Kate Nash, na scenie namiotowej. Choć i ona pojawiła się z całkowicie sfeminizowanym zespołem, a jej utwory na scenie przeszły także dosyć radykalny lifting. Młodziutka piosenkarka i songwriterka ujawniła na Open’erze wielką charyzmę, oderwała od swojego nazwiska etykietkę kolejnej gwiazdki pop, bo jej koncert aż kipiał od punkowej energii i wyładowywanej na instrumentach dziewczęcej agresji.

Na tej samej scenie najlepszy koncert czwartkowego wieczoru zagrał Caribou. Kryjący się pod tym przydomkiem kanadyjski muzyk Daniel Victor Snaith grając w środku nocy pokazał, że można grać muzykę jednocześnie chilloutowo i zadziornie. Z uderzeniem. Dając trochę wytchnienia, ale jednocześnie nie pozwalając usnąć.

 

Wszyscy, którzy wybrali tego dnia scenę World, jednogłośnie stwierdzali z kolei, że najlepszy koncert czwartkowego wieczoru dał nowozelandzki Fat Freddy’s Drop. Na tej scenie odbyło się zresztą jeszcze kilka znakomitych, często słabo albo zupełnie nie zauważanych w mediach koncertów. Do takich z pewnością należały znowu te w piątkowym deszczu. Genialny popis muzycznej wirtuozerii, ale i fantazji łączącej w zupełnie swobodny, niewymuszony sposób muzykę klezmerską, funk, rap, a nawet lekką nutkę jazzu i bluesa, dał Abraham Inc.. Zespół genialnego klarnecisty Davida Krakauera w Gdyni rozgrzewał się też przed sobotnim występem na Szerokiej w Krakowie, na finale Festiwalu Kultury Żydowskiej.
Sporą dawkę magii przywiózł do Trójmiasta jeden z najwybitniejszych głosów Afryki, Youssou N’Dour, który przez niemal dwie godziny w towarzystwie przywiezionych z rodzinnego Senegalu muzyków i tancerzy ogrzewał mokrą i zziębniętą publikę gorącymi afrykańskimi rytmami.

 

***

 

Tu oczywiście powinien zamieścić wielokropek, bo wszystkich muzycznych i pozamuzycznych wydarzeń Open’era nie sposób opisać nawet w obszernym podsumowaniu. Można narzekać, że organizatorzy festiwalu z okazji 10. jego edycji mogli postarać się o większą ilość jeszcze bardziej różnorodnych gwiazd, które wpisywałyby się na pewno w muzyczne ramy imprezy, a grały w tym czasie na innych muzycznych festiwalach w Europie. Myślę chociażby o PJ Harvey, Queens of the Stone Age, Foo Fighters, Radiohead czy mającej już kiedyś wystąpić na Open’erze grupie Beirut. Albo o artystach, takich jak Portishead, Morrissey, Primal Scream, dEUS, którzy zagrali lub zagrają także w Polsce w innych miejscach i terminach.

Choć mimo wszystko nie narzekam. Ta edycja była nieco spokojniejsza. Był czas, żeby skupić się na kilku ważnych dla siebie koncertach, nie było tego nerwowego biegania od sceny do sceny, które w złotych latach festiwalu, czyli gdzieś pomiędzy 2006 a 2009, kiedy każdy wykonawca był tym najbardziej oczekiwanym, przyprawiało o gorączkę.

Poza tym był to zdecydowanie najlepiej zorganizowany z dotychczasowych festiwali, a być może jedna z w ogóle najlepiej przygotowanych imprez muzycznych w dosyć krótkiej historii tego rynku w Polsce. Organizująca festiwal agencja Alter Art, co w naszym kraju zdarza się nie tak często, wyciągnęła właściwe wnioski z wszystkich potknięć z ubiegłych lat. Tym razem na festiwalu także pozamuzycznie wszystko grało. Nie było prawie nigdzie będących zmorą festiwalowiczów kolejek, tłok panował tylko pod scenami, nie brakło nigdzie opasek ani programów festiwalowych, ilość toalet, punktów gastronomicznych, festiwalowych autobusów była wystarczająca. I tylko pogoda „bardziej niż brytyjska”, jak określił ją wokalista Foals, nie dopisała w tym roku, choć o to już trudno winić Mikołaja Ziółkowskiego i spółkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *