Wieczny rehab Amy Winehouse

Pisanie o Amy Winehouse powinno zaczynać się mottem z wiersza Artura Rimbauda „Głód”:

 Głody, paście się. Głody, w koło
        Po dźwięków łące!
Z powojów chłońcie wesoło
        Jady trujące.”

 

Myślę o niej od sobotniego wieczoru, od kiedy światowe serwisy obiegła wiadomość o jej śmierci. Nagłej, ale wcale nie niespodziewanej. Zapowiadanej wręcz od dłuższego czasu. Sam muszę przyznać, że nie byłem zaskoczony tą informacją. Już trzy tygodnie temu rozmawiałem ze swoim przyjacielem, że tak to pewnie się skończy. Pretekstem do tej rozmowy był świetny tekst Zbigniewa Hołdysa w tygodniku „Wprost”, który już pod koniec czerwca zauważał, że „Amy Winehouse wciąż żyje, ale wygląda, jakby się szykowała do wyprawy na tamten świat”. W istocie tak było. Końcowy wyrok był tylko kwestią czasu. Chociaż gdzieś ciągle tliła się nadzieja, że coś przerwie tą postępującą na oczach świata autodestrukcje, to staczanie się w przepaść bez dna, ten „Back To Black”, który z genialnej płyty stał się wyrazem codziennego i ostatecznego losu artystki, bowiem jej nawet najszczersze (choć kto wie, czy takie były) próby ogarnięcia się, powrotu na scenę, do studia i do świata żywotnych muzycznych geniuszy, kończyły się od pięciu lat ciągle tak samo – ponownym upadkiem do dołka, skąd coraz trudniej było się już wydostać.

 

Muzycznych geniuszy? Zaliczanie ją do nich nie jest wcale przesadą, ani też nie wynika ze zwyczaju, wedle którego o zmarłych należy mówić jak najlepiej. Powiedzieć o niej, że była oryginalną artystką, byłoby stwierdzeniem całkiem nieoryginalnym. W czasach, gdy każdy tak bardzo stara się być wyjątkowym, oryginalnym, niepowtarzalnym, że aż ginie w tłumie podobnych do siebie albo zaliczany zostaje wręcz do jakiejś subkultury ludzi skupionych na kreowaniu swojej oryginalności, która w gruncie rzeczy i tak może być poskładana co najwyżej z oryginalnie dobranych elementów wtórności, niewielu artystów potrafi przyciągać swoją absolutną niepowtarzalnością. W muzycznym przekroju ostatniej dekady Amy Winehouse była jedną z najbardziej wyjątkowych artystek, nawet abstrahując od faktu, że pierwsze dziesięciolecie XXI wieku było w tej dziedzinie sztuki najmniej ciekawym w przeciągu ostatniego półwiecza, nie przyniosło żadnej stylowej rewolucji i wykreowało najskromniejszą listę twórców, którzy pozostaną w pamięci dziejów. Amy Winehouse, jedna z najbarwniejszych, najbardziej utalentowanych artystek tej dekady, ma na niej miejsce zapewnione. Nawet pomimo naprawdę skromnego dorobku, który zdążyła po sobie pozostawić. Zapracowała na to nie tylko niesamowitym głosem, wyjątkowo mocnym, barwnym, rozpoznawalnym, ale utworami, które, jak przystało na prawdziwą artystkę, sama pisała w stylu, który brzmiał, jakby przeniesiony z lat 60-tych, dlatego ochrzczony został przez zachwyconych nią krytyków retropopem. Choć w rzeczywistości składał się z elementów soulu, rhythm and bluesa i uwielbianego przez artystkę jazzu. Z popem miał jak najmniej wspólnego, a sama Amy nigdy nie aspirowała do miana gwiazdy pop. Jej styl bycia, wizerunek, podejście do muzyki, wszystko było raczej przeciwieństwem tego, co prezentują gwiazdy pop, będące w każdym niemal detalu produktem wytwórni, menadżerów, innych muzyków i autorów lub też autokreacji. U Amy wymienione cechy wynikały raczej z jej natury, nie z własnej, a tym bardziej czyjejś kreacji. Były aktem szczerości, nie produktem marketingu. Dlatego ona sama była raczej postacią z epoki rock’n’rolla, w jego pozamuzycznym, kulturowym sensie, bo przecież nie grała nigdy muzyki Black Sabbath czy The Rolling Stones, a od Keitha Richardsa i Ozzy’ego Osbourne’a dzieliła ją przepaść pokoleniowa. W sensie swojego zachowania, stylu bycia, była jak synteza genialnych i upadłych muzyków z minionych czasów, piła równie dużo jak Billie Holiday przed niemal siedmioma dekadami i podobnie jak ona była aresztowana za posiadanie narkotyków, zażywała zresztą chyba wszystkie specyfiki, którymi odurzali się wielcy swoich muzycznych epok, bywała bardziej bezczelna i miała jeszcze mniej taktu niż twórcy punk rocka, cierpiała na depresję, jak Kurt Cobain i umarła w podobny sposób – i zapewne z podobnej alkoholowo-narkotykowej przyczyny – jak Janis Joplin ponad czterdzieści lat temu. Także mając 27 lat.

 

Już zaczęto ją zaliczać do tego elitarnego, mrocznego Klubu 27, do którego przyporządkowano wielkich muzyków trapionych przez podobne nałogowe i psychiczne demony, zmarłych nagle w wieku 27 lat. Pierwszym z nich był jeden z założycieli The Rolling Stones, Brian Jones. Na początku lat 70-tych odeszli w tym wieku najwięksi muzycy tamtych czasów, Janis Joplin, Jimi Hendrix i Jim Morrison, a w 1994 r. do klubu zaliczony został zmarły samobójczą śmiercią lider Nirvany, Kurt Cobain. Wszyscy oni byli wielkimi muzykami, z dużym już, mimo młodego wieku, dorobkiem i ogromnym wpływem na twórczość przyszłych pokoleń. Amy Winehouse być może dorównywała im talentem, ale już na pewno nie dorobkiem muzycznym, który po sobie pozostawiła. Składają się na niego zaledwie dwie płyty studyjne, debiutancka „Frank” z 2003 r. oraz genialna, nagrodzona pięcioma Nagrodami Grammy „Back To Black”. Tylko z tej drugiej pochodzą powszechnie znane utwory artystki, takie jak „Rehab”, „You Know I’m No Good” czy tytułowe „Back To Black”. Od jej wydania w 2006 r. artystka nagrała zaledwie kilka utworów, głównie coverowych, m.in. „Velerie” z repertuaru zespołu Zutons, czy nagrany także razem z producentem Markiem Ronsonem znany standard z lat 60. „It’s My Party”. Było jeszcze oficjalne koncertowe DVD „I Told You I Was Trouble. Live in London” wydane w 2007 r. I to już właściwie wszystko. Producenci, eksperci muzyczni nie zostawiają raczej wielkich nadziei, żeby w studiach nagraniowych pozostała ilość niepublikowanych nagrań wystarczająca do poskładania z nich trzeciej płyty artystki. Trudno ten skromny dorobek porównywać z dokonaniami kogokolwiek z owego Klubu 27. Dlatego bardziej podoba mi się inne brytyjskie określenie gwiazd zmarłych w tym feralnym młodym roku życia – „Forever 27” – na zawsze dwudziestosiedmioletni, jak wielu innych niezaliczanych do tego wąskiego klubu artystów, którzy żyli szybko, nie oszczędzali się i zmarli tak samo młodo: aktor James Dean, malarz i artysta graffiti Jean-Michel Basquiat, gitarzysta Manic Street Preachers, zaginiony w 1995 r. i uznany potem za zmarłego, Richey James Edwards oraz wielu innych. Rzeczywiście liczba muzyków i innych artystów, których łączył styl życia i wiek 27 lat, w którym zmarli lub zginęli często w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach jest zadziwiająca. Może wynika z przypadku, równie wielu przecież artystów, bardzo intensywnie korzystających z życia w młodym wieku i zmagających się z jego demonami dożyło słusznego wieku, a często nadal tworzy, jak choćby The Rolling Stones, Marianne Faithfull i niezliczona liczba innych. Byli też tacy, którzy w jeszcze młodszym wieku nie mogli uporać się, jak Ian Curtis, z ciężarem życia i swoim autodestrukcyjnym charakterem. Tak jak i wielu poetów romantycznych, by wymienić choćby Johna Keatsa czy Comte de Lautréamonta, także nie dożyło nawet 27 roku życia. Może nie ma więc żadnej magii w tej liczbie, może wynika ona z czystej statystyki, może w tym wieku właśnie człowiek osiąga szczyt nie tylko swoich twórczych możliwości, ale także pewnego nienasycenia, poszukiwania wrażeń, zachłanności na życie, która niewłaściwie nakierowana może obrócić się przeciwko temu życiu. A może działa jakiś psychologiczny fenomen, podświadoma chęć naśladowania schematu…?

 

Była postacią osobną. Niedopasowaną ani do dzisiejszych czasów, ani do ich realiów, oderwaną od reguł rządzących współczesnym showbiznesem. Urodzoną w żydowskiej rodzinie, identyfikującą się jako Żydówka, ale jednocześnie wielokulturową, wychodzącą nawet z ram swojej rasy. Zbyt białą dla czarnych, ale też zbyt czarną dla białych. Tak jak muzyka, którą tworzyła. I jak jej image zupełnie wyjątkowy, złożony, wydawać by się mogło z nieprzystających do siebie elementów. Z jednej strony oparty na pewnej zwiewnej elegancji stylu retro, jakby nawiązujący do estetyki amerykańskich lat 60. z ich filmową gwiazdą, Elizabeth Taylor, na której Winehouse świadomie i jawnie się wzorowała, wielkością koka przypominający dawne divy, a z drugiej nieco wulgarny, zwłaszcza w warstwie przybywających z czasem na jej ciele tatuaży, które przybliżały ją raczej do wyglądu portowej dziwki. Ale to właśnie zapewne dzięki temu niepowtarzalnemu zderzeniu cech stylu wysokiego i niskiego projektanci mody widzieli w niej wpływową ikonę mody. Krytycy zaś podziwiali inne zderzenie: przyjemnej dla ucha, choć niebanalnej muzyki (która ze znanych piosenkarek posiada talent do jej tworzenia, nie jedynie odtwarzania?), z pisanymi przez Amy niepokornymi tekstami, mówiącymi z pełną szczerością, czasem nawet dosyć wulgarną, o demonach, które ją trapiły, o depresji, odrzuceniu, miłości niemożliwej, która jest „przegraną grą”, uzależnieniach… Już na początku otwierającego płytę „Back To Black” „Rehab”, śpiewała „oni próbowali mnie wysłać na odwyk, ale powiedziałam ‘nie, nie, nie’”, a w „You Know I’m No Good” przyznawała, że z nią są tylko kłopoty.

 

Te sprowadzali na nią przeważnie mężczyźni, z którymi się wiązała lub romansowała. Miała słabość do absolutnych degeneratów, takich jak jej były mąż Blake (pomińmy nawet jego nazwisko) czy lider grupy Babyshambles Pete Doherty, którzy ją, i tak podatną na depresje, upadki, ciągnęli jeszcze głębiej w dół. Mówiło się, że dna sięgnęła w czerwcu na koncercie w Belgradzie, otwierającym europejską część trasy koncertowej, która miała pomóc stanąć jej z powrotem na nogi. Ten koncert jednak, określany w mediach i internecie jako „disaster-gig” – koncert-katastrofa – okazał się jednak spektakularnym zakończeniem tej trasy, jak i całego życiowego tournee artystki. Zastanawiającym jest w ogóle fakt, kto tak pijanej, naćpanej, prawie niekontaktującej, niepamiętającej słów swoich piosenek, przewracającej się na scenie piosenkarce pozwolił w ogóle się na niej pojawić. Do końca ktoś próbował na niej zarobić może przewidując, że to źródło dochodów wkrótce wygaśnie. A przecież wcześniejsze koncerty na trasie mogły dać sygnał, że wszystko zakończy się z wielkim, złowrogim hukiem. W brazylijskim Recife zaliczyła tylko jedną wywrotkę na scenie, ale już w Dubaju choć śpiewała, to robiła to, jakby od niechcenia, sobie a muzą, a zdegustowana publiczność najpierw ją wybuczała, a potem masowo opuszczała koncert. Nikt nie wyciągnął z tego wniosku. Od zawsze brakowało przy niej dobrych ludzi. Od dzieciństwa, kiedy zabrakło troskliwości skupionych wtedy bardziej na swoich romansach rodziców, a mała Amy rozpoczynała karierę od nieustającego tournee po londyńskich barach i klubach. Aż po ostatnie chwile koncertu w Belgradzie, gdy dzielni muzycy z jej zespołu grali i śpiewali zamiast plątającej się bezradnie po scenie wokalistki, wykonywany przez nią często standard muzyki ska – napisany przed laty przez songwriterskie małżeństwo Nickolas Ashford i Valerie Simpson „You’re Wondering Now”.

Refren tej uroczej piosenki brzmi, jakby napisała go sama Amy z myślą o chwili, która właśnie nadeszła:

“You’re wondering now, what to do, now you know this is the end

You’re wondering how, you will pay, for the way you did behave

Curtain has fallen, now you’re on your own

I won’t return, forever you will wait”

co można przetłumaczyć:

“Teraz się zastanawiasz, co począć, to już wiesz, że to jest koniec

Teraz się zastanawiasz, jak zapłacisz za to, jak się zachowywałaś

Kurtyna zapadła, jesteś zdany sam na siebie

Ja nie powrócę, czekał będziesz wiecznie”.

I to była ostatnia piosenka, którą Winehouse wykonała na scenie swojego życia. Cóż za piękne, okrutne i przewrotne zakończenie!

 

No właśnie. To już koniec, Amy Winehouse zapłaciła za swoje zachowanie, nie powróci już na scenę. Zdani jesteśmy na jej kilkadziesiąt piosenek oraz na wokalistki, takie jak Duffy czy Adele, które już od kilku dobrych lat udanie naśladują jej styl. Bo Amy Winehouse, mimo że nie stworzyła własnego nurtu w muzyce, zainspirowała całą rzeszę świetnych wokalistek i otworzyła furtkę dla pewnego rodzaju kobiecego śpiewania, w którym liczy się nie taneczny spektakl z muzyką w tle i wokalem z półplaypacku, ale autentyczny, mocny, chwytający za serce, wdzierający się do trzewi i mózgu, prawdziwy kawał babskiego głosu.

Jednakże połączenie takiego talentu, głosu, stylu i pogmatwanej, dziwnej, nietuzinkowej osobowości jak samej Amy, już chyba także nie powróci. Na jej trzecią autorską płytę czekać będziemy wiecznie.

6 myśli w temacie “Wieczny rehab Amy Winehouse

  1. ~http://sandrawalecka.pl

    Przykre tylko, że wielu z nas nie wyciągnie z tej śmierci wniosków, że zazwyczaj nie rozmawia się o przyczynach tego tragicznego wydarzenia, lecz ‚Wielka gwiazda wstąpiła do klubu 27’. Kolejny raz. Niestety.

    Odpowiedz
  2. ~Natalia

    Witam,jest to Pana ostatni wpis, dlatego pozwolę sobie poinformować a zarazem zachęcić Pana oraz wszystkich czytelników do poparcia naszej kampanii społecznej: STOP JEDYNKOM i dać szanse w październikowych wyborach także pozostałym kandydatom z listy.Krótko o akcji:To protest przeciwko partyjnemu dyktatowi, który powoduje, że większość mandatów poselskich jest obsadzona jeszcze przed wyborami. Partie polityczne ustalając kolejność na swoich listach wyborczych sprowadzają tym samym wyborców do roli marionetek. Dlatego: 1. Nie będziemy głosować na kandydatów z numerem 1 na liście ponieważ swoją pozycję (i miejsce w Sejmie) zawdzięczają wpływom w partii, a nie wyborcom.2. Nie będziemy głosować na kandydatów do Sejmu, którzy już pełnili mandat parlamentarny ponieważ wciąż przybywa nam posłów, senatorów, radnych i wójtów, którzy nie potrafią rozstać się z władzą.3. Nie będziemy głosować na kandydatów w wieku emerytalnym (60/65). Powinni w Sejmie zrobić miejsce innym, tym bardziej że sami uchwalonymi ustawami utrudniają pracę osobom w wieku emerytalnym.Popieramy kandydatów młodych, którzy dotąd nie pełnili funkcji w parlamencie i obecnie nie startują do Sejmu z pierwszego miejsca. Głosuj, na którą partię chcesz, ale nie pozwól sobą manipulować! Nie popieraj ,,jedynek”! Możemy zrobić im STOP!!! http://www.stopjedynkom.pl

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *