Podmuch dramatu, czyli co się stało z grupą Gӧschla?

Nieucichły jeszcze echa sukcesu Polaków, którzy jako pierwsi zimą zdobylijedenasty pod względem wysokości szczyt świata, Gaszerbrum I, a już przysłoniłygo ciemne chmury dramatu, który rozgrywa się na stokach tego samego szczytu.

Jakjuż pisałem, liczący 8068 m n.p.m. szczyt atakowały tej zimy dwie wyprawy,czteroosobowa polska pod kierownictwem Artura Hajzera oraz nieco liczniejszamiędzynarodowa zorganizowana przez Austriaka Gerfrieda Gӧschla. W jej składzieznalazła się też zresztą para polskich himalaistów, Tamara Styś i DarekZałuski.

Celtej drugiej wyprawy był jeszcze ambitniejszy, bowiem grupa Gӧschla miała wzamiarze także zdobyć szczyt nową drogą na południowej ścianie. W ostatnichdniach chcąc nie chcąc na stokach Gaszerbruma I toczył się mały wyścig naszczyt, który jednak bardziej niż rywalizacja dwóch zaprzyjaźnionych wypraw,spędzających nawet czas w jednej mesie – dużym namiocie bazowym – napędzałokrótkie okno pogodowe, tak rzadkie zjawisko zimą w Karakorum, w czasie któregonie ma chwili do stracenia w drodze na wierzchołek i które musi wystarczyćjeszcze na bezpieczne zejście do bazy. 8 marca wydawało się, że to grupaAustriaka wychodzi na czoło i to ona właśnie jeszcze tego samego dnia dojdziejako pierwsza na szczyt. Popołudniu tego dnia Bask Alex Txikon rozesłał nawet depeszęo zdobyciu GI przez trójkę kolegów z jego teamu, jednak już wieczorem musiał jąsprostować. Zespół musiał zabiwakować na wysokości 7700 m. Za nimi tą samądrogą podążała też trójka Styś, Txikon, Załuski, która po zawróceniu tegoostatniego zredukowała się do dwójki i dotarła na wys. ok. 7200 m (po czymzrezygnowała z dalszego ataku i zeszła w kolejnych dniach do bazy). Polskawyprawa też miała zaatakować szczyt 8 marca, ale w przeddzień bardzo silnywiatr uniemożliwił im dojście do szturmowego obozu III, który udało sięosiągnąć dopiero w Dzień Kobiet. Wbrew regułom zimowego wspinania, które mówią,że nocą zimą się nie chodzi, ale śpi, Adam Bielecki i Janusz Gołąb zachęceniwzględnie dobrymi warunkami (co oznacza „zaledwie” -35 st. C) wyruszyli właśniew nocy z 8 na 9 marca z „trójki” i już w godzinach porannych osiągnęli szczyt.Donosili potem, że ze szczytu widzieli zespół trzech himalaistów, który był ok.150-200 m poniżej po drugiej stronie góry. Gӧschl i partnerujący mu w atakuszczytowym Szwajcar Cedric Hӓhlen i Pakistańczyk Nisar Hussain zamierzalidokonać trawersu szczytu z południa na północ, schodząc drogą japońską, czylitą, na której działali Polacy. Już 8 marca jednak kontakt przez telefonsatelitarny się z nimi urwał. Powodem tego miały być podobno zakłóceniawywołane burzami na Słońcu. Ale taki sam kontakt z polskimi himalaistami zzakłóceniami wprawdzie, ale był cały czas utrzymywany. Być może w wyniku zimnaw telefonie grupy Gӧschla wyczerpały się baterie albo doszło do jegouszkodzenia? Można tylko spekulować.

Niestetyod tego ostatniego (jednostronnego?) kontaktu wzrokowego z grupąmiędzynarodową, los trójki himalaistów jest nieznany. Na nieszczęście pogodabardzo się zepsuła. Nadciągnął huragan ze śnieżycą i przeraźliwym zimnem.Pisząc „przeraźliwym” mam na myśli zimno jeszcze większe od tego, które musieliodczuwać podczas swojego ataku szczytowego Polacy, o czym wzmiankują w swojej relacji.Niestety prośba o wsparcie helikopterowe w poszukiwaniu trzech himalaistów niemogła ze względu na te warunki zostać spełniona. Większość osób znajdującychsię obecnie w bazie pod szczytem nie jest w stanie podjąć jakichkolwiek działańposzukiwawczych, ze względu na wyczerpanie po powrocie ze szczytu bądź z jegostoków oraz lekkie odmrożenia, których doznali. Dzisiaj, 12 marca, z zamiaremrekonesansu do obozu pierwszego wyruszył Darek Załuski z Agnieszką Bielecką,która w polskiej wyprawie pełniła jedynie funkcję kierowniczki bazy iłączniczki. Jednak, jak donosi austriacka Kleine Zeitung, z powodu śnieżycyzmuszeni byli zawrócić.

Wdzisiejszej krótkiej rozmowie dla portalu wspinanie.pl, kierownik polskiejwyprawy Artur Hajzer mówi: „Współorganizujemyposzukiwania, ale mamy najgorsze myśli. Zespół był w kopule szczytowej 9 marcaw południe, kiedy rozpętało się już piekło pogodowe.”

Ewentualne poszukiwania utrudnia też fakt, że właściwie niewiadomo nawet po której stronie góry należałoby wypatrywać Getfrieda, Cedrica iNisara. Czy weszli na szczyt i zaczęli schodzić drogą, na której swoje namioty,liny, sprzęt biwakowy zostawili Polacy? Czy próbowali się wycofać wytyczonąprzez siebie nową, trudniejszą drogą? Czy byli w stanie dotrzeć do któregoś z wysokichobozów bądź też rozstawić w wiejącym z prędkością 80 km/h wietrze własnenamioty? Czy mieli dość siły, żeby to zrobić? Czy wreszcie żyją jeszcze i są wstanie kontynuować zejście? A jeżeli, to czy w panujących warunkach są w staniew ogóle znaleźć drogę zejściową? Czy na te pytania poznamy w ogóle kiedykolwiekodpowiedź?

Pozostaje im życzyć, żeby ta odpowiedź znalazła się i to wnajbliższych godzinach, i żeby była pozytywna. Niestety trudno nie myśleć jużteraz o tych wydarzeniach w kategoriach wielkiego alpinistycznego dramatu.Największego przynajmniej w historii zimowego himalaizmu. Niezależnie bowiem odfinału całej historii, nie ma wątpliwości już teraz, że ma ona dramatycznyprzebieg.

Krok po kroku stara się opisywać zdarzenia doświadczony himalaistaJacek Teler na swoim blogu.
Ostatnią notkę kończy wersem z Psalmu 23 w języku dwóch zaginionychhimalaistów. Przytaczam dłuższy, symboliczny fragment z myślą o tym, żeby prowadziłcałą trójkę drogą ku życiu:

“Und ob ich schonwanderte im finstern Tal, fürchte ich kein Unglück; denn du bist bei mir, deinStecken und Stab trösten mich.”

2 thoughts on “Podmuch dramatu, czyli co się stało z grupą Gӧschla?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *