Olimpiada w Londynie była kobietą

Właściwie dało się to zauważyć już przed igrzyskami. Na okładkach wszystkich najważniejszych światowych tygodników i magazynów pojawiły się kobiety, jakby zapowiedź tego, że to do nich będą należeć te igrzyska, a może przewidywanie, że będzie to piękna olimpiada. Z okładki oryginalnej edycji „Newsweeka” efektownym wolejem piłkę wykopywała Hope Solo, żeńska wersja Casillasa, bramkarka reprezentacji USA, z którą zdobyła potem po raz drugi olimpijskie złoto. Z pierwszej strony „Time’a” oszczepem rzucała wprost po zdobyty kilka dni później złoty medal, brytyjska siedmioboistka Jessica Ennis. A w środku duży tekst opowiadał o Lolo Jones, amerykańskiej płotkarce, która w Londynie zajęła najbardziej pechowe dla sporowców czwarte miejsce. Miesięcznikowe wydanie „The Economist” poświęciło z kolei miejsce zarówno na okładce, jak i w obszernym tekstowym portrecie Mary Kom, indyjskiej bokserce, prawdziwej legendzie kobiecej odmiany tego sportu, jednej znajbardziej popularnych sportsmenek w swoim kraju. Tej samej, która pokonała już w pierwszej walce broniącą honoru polskiego boksu Karolinę Michalczuk, a potem wywalczyła brązowy medal przegrywając półfinałową walkę z faworyzowaną Brytyjką Nicolą Adams. Walcząca w najlżejszej kategorii wagowej Adams została tym samym pierwszą w historii złotą medalistką w debiutującym w Londynie kobiecym boksie. To, że ta uważana za typowo męską dyscyplina dopuszcza do olimpijskiej rywalizacji kobiety, świadczy o tym, że świat się zmienia.

Olimpiada w Londynie była kobietą. Od samego początku. Także dlatego, że były to pierwsze igrzyska, w których w reprezentacjach wszystkich krajów znalazły się kobiety. Występy judoczki i biegaczki z Arabii Saudyjskiej więcej może miały wspólnego z ideą barona de Coubertina niż z rywalizacją o medale, ale świadczą one bardziej niż wiele medalowych zmagań także o tym, że świat się zmienia.

To prawda, że największymi bohaterami tych igrzysk byli jednak mężczyźni. Michael Phelps, który dodając do swojej kolekcji sześć kolejnych krążków przypieczętował swoją dominację na czele tabeli multimedalistów wszechczasów z dorobkiem 22 medali w tym 18 złotych. Dość powiedzieć, że kolejni na tej liście gimnastyczka Larysa Łatynina, legendarni lekkoatleci Paavo Nurmi i Carl Lewis oraz pływak Mark Spitz zdobyli jedynie po 9 złotych medali. Oczywiście zgadza się, że pływanie jest jedyną dyscypliną, w której można zdobyć aż tyle medali, także głosy nazywające Phelpsa najwybitniejszym sportowcem wszechczasów nie dają się tymi medalami jedynie uzasadnić, co nie zmienia także faktu, że Phelps jest legendą. Podobnie jak Usain Bolt, który swoimi trzema zwycięstwami w Londynie osiągnął coś więcej niż tylko złote krążki, wbiegł także do sportowej legendy. Miano wielkich gwiazd Igrzysk XXX Olimpiady należy się z pewnością także dwóm innym lekkoatletom: Davidovi Rudishy, kenijskiemu superbiegaczowi, który wygrywając 800 m ustanowił nowy, fantastyczny rekord świata i Mo Farahowi, brytyjskiemu długodystansowcowi somalijskiego pochodzenia, który triumfował w Londynie dwukrotnie. Także inni brytyjscy sportowcy, jak przystało na gospodarzy, byli wielkimi bohaterami tych igrzysk. Bracia Alistair i Jonathan Brownlee stanęli na jednym podium w triathlonie. Ben Ainslie zdobył w żeglarstwie piąty kolejny medal igrzysk olimpijskich, czwarty złoty. W kolarstwie Brytyjczycy przeżywali chwile wielkie. Bradley Wiggins po raz czwarty został mistrzem olimpijskim, tym razem w kolarstwie szosowym. Piękny rok zwycięzcy Tour de France. Chris Hoy, największy dziś chyba obok Faraha bohater sportowy Brytyjczyków, w Londynie dołożył dwa złota do wcześniejszych czterech stając się najwybitniejszym kolarzem torowym wszechczasów. Ale to także kolarki, zwłaszcza Laura Trott i Victoria Pendleton przyczyniły się do gigantycznego triumfu Wielkiej Brytanii na kolarskim torze. Olimpiada była kobietą także w wodzie. Gwiazdami olimpijskiej pływalni poza Phelpsem były pływaczki: obdarzona zdradzającym jawajsko-surinamskie korzenie i takąż egzotyczną urodą Holenderka Ranomi Kromowidjojo oraz młodziutkie 15, 16, 17-letnie dziewczyny Chinka Shiwen Ye, Amerykanki Missy Franklin i Katie Ledecky oraz Litwinka Ruta Meilutyte. Olimpiada w Londynie była kobietą. Miała na twarzy wymalowaną radość 38-letniej Valentiny Vezzali, która z brązowego medalu w indywidualnym konkursie floretu cieszyła się, jak z pięciu złotych medali zdobywanych od Atlanty po Pekin, a awans do pierwszej dwudziestki najbardziej utytułowanych sportowców igrzysk olimpijskich przypieczętowała drużynowym złotem. Miała też na swojej twarzy niepewność Sally Pearson i jej szaleństwo po oficjalnym ogłoszeniu wyników biegu na 100 m przez płotki. Była rozmazana w pędzie i wysiłku, jak ciała Szwajcarki Nicoli Spirig i Szwedki Lisy Norden na fotokomórce, która musiała zdecydować o złocie w triathlonie na korzyść tej pierwszej. Innym razem w oczach miała łzy i rozpacz koreańskiej szpadzistki Shin A-Lam skrzywdzonej w walce z Brittą Heidemann przez sędziów, którzy w ciągu jednej sekundy przed końcem walki dali przeprowadzić Niemce cztery akcje. Miała londyńska olimpiada kobiecą dumę na twarzy Shenjie Qieyang, pierwszej Tybetanki, która miała możliwość występu na igrzyskach olimpijskich i pod chińską flagą wprawdzie, ale zdobyła pierwszy w historii medal dla Tybetu, brąz w chodzie na 20 km (Tybeteńczycy dużo w życiu chodzą, to pielgrzymując do Lhasy czy pod górę Kailash, to zaś uciekając przez góry przed chińskimi represjami, ten medal jest więc także bardzo symboliczny. I pokazuje także, że małymi kroczkami, ale jednak świat się zmienia).
Miała też olimpiada zadąsaną twarz McKayli Maroney, amerykańskiej gimnastyczki, która stojąc na podium ostentacyjnie pokazywała swoje niezadowolenie z zaledwie srebrnego medalu. W końcu już po swoim zakończeniu miała też kobiecą twarz antybohatera, gdy kontrola antydopingowa doprowadziła do odebrania złotego medalu białoruskiej kulomiotce, której nazwisko może lepiej, jak puścimy w niepamięć.

Dla nas zaś ta olimpiada miała na swojej twarzy więcej smutku i bezradności, jak w przypadku naszych niespełnionych medalowych nadziei, Sylwii Gruchały, Agnieszki Radwańskiej, Anny Rogowskiej, a nawet rozpaczy Marty Walczykiewicz, niż nadludzkiej determinacji aż do skraju bólu brązowej medalistki w wioślarstwie Magdaleny Fularczyk czy waleczności i radosnej ofiarności trzeciej windsurferki świata na olimpijskich wodach, Zofii Noceti-Klepackiej, która ścigała się o medal dla swojej małej sąsiadki, chorej na mukowiscydozę 5-letniej Zuzi. Nasza radość na tych igrzyskach, jeżeli w ogóle się naszych twarzach pojawiała, miała raczej kolor ulgi niż euforii, w sześciu na dziesięć przypadków był to bowiem kolor brązowy.

Nade wszystko miała jednak w sobie olimpiada jeszcze coś szczególnie kobiecego, nawet jeśli nie dotyczyło to jedynie występujących na igrzyskach kobiet, a mianowicie: piękno.

Było pięknie od Ceremonii Otwarcia do Zamknięcia Igrzysk. Organizatorzy postawili w nich na zabawę, a nie na spektakularną, perfekcyjną, ale nudną akademię, jak Chińczycy w Pekinie. Olimpiada w Londynie miała głos Kate Bush, który rozbrzmiał podczas Ceremonii Zamknięcia w nowym remiksie „Running Up That Hill” jako muzyczna ilustracja do filmowego kolażu złożonego z ikonicznych momentów XXX Igrzysk Olimpijskich. Ależ to było piękne! Szkoda, że nie mieliśmy za dużo powodów do radości na tych pięknych igrzyskach. Ale to już inny temat…

1 myśl w temacie “Olimpiada w Londynie była kobietą

  1. ~PPPS

    Olimpiada Anglie skompromidowala- w przeszlosci W. Brytania zabrala medal biegaczce Polskiej ze ma meskie hormony dzisiaj Wiliams nie sprawdza bo Stany sa jej panem.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *