Wulkany, gorące źródła i Ragnarӧk

Koncerty zespołu Sigur Rós poprzedzone krótkimi występami słynnego kwartetu smyczkowego Kronos Quartet zakończyły w niedzielny i poniedziałkowy wieczór odbywający się w Krakowie festiwal Sacrum Profanum. Ci, którzy mieli możliwość słuchać i oglądać Islandczyków w hali ocynowni huty Arcelor Mittal w Krakowie, zwłaszcza jeśli znaleźli się bliżej sceny, mówili jednak głównie o „sacrum”. Potęga muzyki pozwoliła choć na dwie godziny zostawić „profanum” gdzieś na zewnątrz.


Ciężko opisać te koncerty słowami, muzyka Sigur Rós w ogóle nie daje się łatwo opisać, chyba że obrazem, nie słowami, tak jak zrobił to niegdyś reżyser Dean DeBlois w filmie dokumentalnym „Heima”, pokazując fenomen Sigur Rós z perspektywy domu, ojczyzny tej muzyki, którą stanowi Islandia z jej niezwykłym kipiącym podskórną energią krajobrazem i zżytymi z nim od pokoleń ludźmi. W ten sposób udało mu się odnaleźć i pokazać naturalne źródła muzyki zespołu oraz wytłumaczyć jej niezwykłość i magię. Bo same te słowa „niezwykłość” i„magia” są zbyt zużyte, noszą w sobie za dużo różnorodnych znaczeń, aby oddać charakter tej muzyki, opisać ładunek emocjonalny, który w sobie niesie. Ta muzyka musi przemawiać za siebie, nie potrzebuje słów do opisania samej siebie, nie potrzebuje nawet być nośnikiem dla treści. Bowiem dla przeważającej większości ludzi nie niesie za sobą żadnych treści, bo kto rozumie język islandzki i szuka w śpiewanych w tym języku przez Jónsiego Birgissona pieśniach znaczeń. Głos wokalisty jest więc tylko jednym z instrumentów w niezwykle bogatym instrumentarium islandzkiej grupy. Instrumentem, który w najważniejszych momentach kompozycji odgrywa decydujące partie. Dowodzą tego jeszcze bardziej liczne utwory stanowiące niemal połowę repertuaru, które zespół nagrał w wymyślonym języku Vonlenska, zwanym także Hopelandic. Słowa nie mają w nim znaczenia, a pięć, najwyżej dziesięć sylab powtarza się niemal w każdym utworze. Brzmią jakby z angielska „you sigh”, „you saw”, „you sold”, „you’re so far”… Może to nieco nużyć, rodzić uczucie powtarzalności, ale z drugiej strony zwłaszcza podczas koncertu, w nastroju pełnego skupienia nad dźwiękami muzyki ma moc wprowadzania w jakiś niemal mistyczny trans. A przynajmniej powoduje przyjemne zanurzenie w muzyce, niczym w chłodny islandzki dzień w ciepłej wydobywającej się spod ziemi wodzie słynnej Błękitnej Laguny albo innych gorących źródeł, których na tej wyspie nie brakuje. Zalewająca nas fala dźwięków, niemal jak kaskady jakiegoś islandzkiego wodospadu, Gullfoss czy Fjallfoss, powoduje uczucie – być może nie ja sam je miałem – skąpania w tej muzyce, orzeźwienia, a może nawet oczyszczenia nią.

  

Już sam początek wywołuje falę dreszczy, niczym spowodowaną fizycznym kontaktem z gwałtownością i zmiennością islandzkiej pogody. Jakbyśmy nadzy wprost z kojącej wody gorącego źródła wyszli na smagany silnym wiatrem i padającym poziomo deszczem księżycowy bezkres islandzkiego interioru. To wszystko w mało znanym pierwszym utworze „I Gær” z również nieco zapomnianego kompilacyjnego albumu „Hvarf/Heim”, w którym przywodzące na myśl kołysankę albo wręcz dźwięki pozytywki monotonne, ciepłe intro zostaje nagle rozbite ciężkim, niemal metalowym perkusyjno-gitarowym uderzeniem. Potęguje je jeszcze namiętnie i z wirtuozerią używany przez wokalistę i lidera grupy do gry na gitarze elektrycznej smyczek – jeden ze znaków rozpoznawczych islandzkiej grupy. To Sigur Rós trochę mniej znany z kontaktu ze studyjnymi wersjami ich utworów. Potężny, metaliczny, wręcz wgniatający siłą dźwięku w ziemię i mroczny. Tak jest w zagranym tylko w niedziele „Ný Batterí” czy w kończącym zasadniczą część koncertu „Hafsól”, czyli przearanżowanej wersji jednego z najstarszych utworów grupy, pochodzącego jeszcze z debiutanckiej, wydanej początkowo tylko na Islandii płyty „Von”, pod koniec którego Jónsi łamie smyczek na strunach swojej gitary. Co ciekawe Islandczycy, choć to trasa promująca ostatni album „Valtari”, grają jedynie dwa utwory z niego, najpiękniejszy moim zdaniem na tej płycie, przejmujący „Varuð”oraz na bisy dosyć wolno sączący się, oniryczny, jakby modelowy dla twórczości zespołu „Ekki múkk”. Znakomicie wypadają utwory dobrze znane, osłuchane – bo określenie „największe przeboje” byłoby tu znacznym nadużyciem – perfekcyjnie odegrane, ale okraszone też jakimś niepowtarzalnym elementem, a to niemal minutową pauzą dramatyczną w jednym z najwspanialszych utworów Sigur Rós „Viðrar vel til loftárása” z przełomowej drugiej płyty „Ágætis byrjun , a to znów przeciągniętym przez Jonsiego niemal do granic możliwości wysokim dźwiękiem w„Festivalu” albo śpiewem wokalisty wprost do pudła rezonansowego uniesionej na wysokość głowy elektrycznej gitary w „Svefn-G-Englar”. Nie brakuje też oczywiście najbardziej chyba rozpoznawalnych utworów grupy z nieco bardziej chwytliwej i komercyjnej płyty „Takk…”

„Hoppípolla”, „Sæglópur” i „Glósóli” przydają występowi grupy nieco lekkości. A wszystko to w ferii zmieniających się świateł, dzięki którym z koncertu wychodzimy z głową pełną nie tylko dźwięków, ale też niezatartych obrazów, takich jak gigantyczny cień Orriego Pálla Dýrasona rytmicznie uderzającego w talerze swojej perkusji rozpostarty na bocznej ścianie hali ocynowni. Przypomina to trochę scenę z filmu „Heima”, w której zespół gra koncert w budynku dawnej przetwórni rybnej gdzieś pośrodku islandzkiego pustkowia. Trzeba przyznać, że industrialny klimat przeobrażającej się raz do roku na kilka dni w najlepszą salę koncertową w mieście hali ocynowni oraz muzyka Sigur Rós okazały się harmonijnym połączeniem. Najlepiej zabrzmiał w niej na koniec ostatni utwór z płyty „( )”, znany też pod nazwą „Popplagið”, klasyczne już zakończenie koncertów grupy od czasu wydania tej płyty (a nawet wcześniej, mniej więcej od 2000 r., czyli od powstania tej kompozycji). Nazwa „piosenka popowa” brzmi w jego przypadku całkowicie mylnie. Chyba, że to popowa piosenka na koniec świata. Napięcie tego utworu narasta z każdą minutą prowadząc do gwałtownego wybuchu w finale, tak jakby utożsamiało wyzwolenie energii wszystkich islandzkich wulkanów i gejzerów. Albo było muzyczną wizją Ragnarӧku, zmierzchu bogów, według mitologii nordyckiej i opisującej ją „Eddy starszej”, najstarszego zabytku islandzkiego piśmiennictwa (To skojarzenie nie jest przesadzone, bo muzycy nie kryją swoich bliskich związków z opartą na mitologii nordyckiej neopogańskiej religii Ásatrú. Przyjaciel zespołu i kapłan tej religii udzielał nawet ślubu basiście Georgowi Holmowi).

 

Tak więc oto kończy się świat. Czyli odwrotnie, jak pisał poeta: Nie skomleniem, a właśnie hukiem. Hukiem nieziemskim. W dokumentalnej impresji filmowej na temat Sigur Rós zatytułowanej „Inni”, jeden z muzyków pytany o gatunek muzyki, jaki gra zespół, odpowiada z przekorą: Heavy metal. Finał krakowskich koncertów dowodzi, że w tej przekorze jest też trochę prawdy. Rozpiętość muzycznych klimatów, których mogliśmy wysłuchać podczas koncertów Islandczyków w Krakowie oscylowała od najdelikatniejszej muzyki relaksacyjnej po symfoniczny heavy metal na wszystkie instrumenty. 

Wielu z nas wychodziło dosyć mocno oniemiałych czy wręcz oszołomionych tym, co mieli możliwość oglądać przez ponad dwie godziny. 

Był to w każdym razie finał godny 10 edycji festiwalu Sacrum Profanum.

PS. Poprzedzający Sigur Rós Kronos Quartet zagrał krótko, jego kilkunastominutowa obecność na scenie była wręcz symboliczna. Ale nawet ten krótki występ był historycznym wydarzeniem. Po raz pierwszy bowiem te dwie muzyczne legendy wystąpiły na jednej scenie jedna po drugiej, Kronos Quartet nigdy wcześniej nie otwierał koncertu Sigur Rós. To o tyle niezwykłe, że muzycy z San Francisco nie kryją fascynacji muzyką Sigur Rós i od wielu lat, mniej więcej od 1999 r., jak wspomina założyciel kwartetu David Harrington, wykonuje ich muzykę. I tym razem oczarowali widownie swoją niezwykle wyrazistą i wzruszającą interpretacją kompozycji Islandczyków Flugufrelsarinn”. Szkoda tylko, że był to jedyny utwór Sigur Rós, który zagrali.  Sigur Rós (od lewej: Georg Hólm, Jónsi Birgisson i  Orri Páll Dýrason) podczas drugiego koncertu w hali ocynowni huty ArcelorMittal w Krakowie, 17 września 2012/ fot: B. Dobroch.

1 myśl w temacie “Wulkany, gorące źródła i Ragnarӧk

  1. ~mikolaj / mikitwist.blox.pl

    Sigur Ros, Bjork, Gus Gus… – mała ilością mieszkańców, wielka ich pasjami, Islandia, może być dumna ze swoich synów i córek.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *