Zwyciężyć znaczy ocalić nadzieję

Wczoraj prawie euforyczna radość, dzisiaj rosnący z każdą godziną smutek, niecierpliwe wyczekiwanie przeradzające się w rezygnację. Wielu z nas cieszyło się faktem, że pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak, liczący 8047 m n.p.m. szczyt w Karakorum, dokonali Polacy. Można by rzec, znowu Polacy, bo z himalaizmu zimowego uczyniliśmy swoją specjalność w ciągu 33 lat zdobywając 10 z 12 zdobytych o tej porze roku ośmiotysięczników. W tej radości, która tym razem stała się wydarzeniem medialnym, dzielonej przez tysiące czasem nawet niezwiązanych z górami czy tym bardziej z alpinizmem ludzi na Facebooku, umknęło jednak coś, co u ludzi gór, a tym bardziej doświadczonych himalajskich wygów musiało budzić zrozumiały niepokój; dwa szczegóły przyćmione przez zbyt głośne i pośpieszne odtrąbienie sukcesu.

Po pierwsze, nasi himalaiści weszli na szczyt wyjątkowo późno. Między godziną 17. a 18. To zdecydowanie za późna godzina na osiągnięcie szczytu w warunkach letnich, co dopiero w zimie. Zazwyczaj wyznacza się godzinę odwrotu, która nie powinna zostać przekroczona. Wola walki, świadomość ostatniej szansy podczas tej wyprawy, a dla 58-letniego Maćka Berbeki zapewne i w życiu, złudność szans na wzajemne wsparcie w szerokim czteroosobowym zespole atakującym, to wszystko musiało zaburzyć ocenę podejmowanego ryzyka. Bo w takich kategoriach trzeba rozpatrywać być może bezgłośną, ale jednak zgodę wszystkich uczestników ataku szczytowego na kontynuowanie akcji górskiej mimo stanowczo zbyt późnej pory. Już sam fakt długiego braku informacji o przebiegu wyprawy budził niepokój, przełamany później gwałtownym przypływem uczucia ulgi i radości oraz dumą z wyczynu czwórki rodaków.

Wznosząc już toasty za kolejny polski sukces na najwyższym szczeblu świata, przeoczyliśmy kolejny jeszcze bardziej niepokojący komunikat o przebiegu zejścia z wierzchołka. Była w nim zawarta informacja, że względnie bezpieczną wysokość 7400 m i ciepło znajdującego się na niej namiotu obozu IV dane było tej nocy poczuć tylko dwójce naszych himalaistów: Adamowi Bieleckiemu i Arturowi Małkowi. Dwóch wspinaczy, Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, spędziło noc biwakując na wysokości 7900 m.

Biwakując, znaczy walcząc o przetrwanie w ponad 30-stopniowym mrozie, bez namiotu ani śpiworów.

To brzmiało już bardzo niepokojąco. Ale wierzyliśmy w nieustępliwość, twardość i wolę walki obu himalaistów, która u Macieja Berbeki jest wręcz legendarna. Liczyliśmy, że jak gdyby nigdy nic, rano zaczną schodzić w z przełęczy w dół, do najbliższego obozu. Niestety, trwający od rana brak odzewu pogłębiał tylko nieco spóźniony niepokój. Brak informacji na temat szczegółów ataku szczytowego i dramatycznego zejścia nie ułatwiał sytuacji.

We środę późnym popołudniem pojawił się szczegółowy komunikat, który wyjaśnia nieco sytuację. Niestety nie jest to jasność, która pobudza nadzieję. Czytamy w relacji, którą Artur Hajzer poskładał na podstawie rozmów z pozostającym w bazie kierownikiem wyprawy, Krzysztofem Wielickim:

4 himalaiści zdobywali szczyt kolejno ok. godziny 17-18.00, po czym bez zwłoki z/w na późną porę rozpoczynali zejście w dół. Chodziło o zejście jak najni…żej zanim zapadną ciemności. Jako ostatni schodził Tomasz Kowalski. Przed nim był widoczny przez niego Maciej Berbeka. Choć każdy z uczestników posiadał radiotelefon to łączność była utrzymywana jedynie z Tomkiem Kowalskim i Arturem Małkiem (u Adama przestroiła się częstotliwość, Maciej nie używał radia z niewiadomych względów). Tempo schodzenia Tomka i idącego przed nim Maćka zaraz po zdobyciu szczytu od pierwszych minut zejścia było dramatycznie wolne. Do ok. godz. 2.00 6 marca – wciągu aż 7-8 godzin marszu i wspinaczki w dół – pokonali oni odcinek prawie do przełęczy -, który standardowo zajmuje ok. godzinę.

Adam Bielecki osiągnął obóz IV na 7400 m ok. 21.00 5 marca.
Artur Małek osiągnął obóz IV ok. 2.00 6 marca.

Tomasz Kowalski zgłosił kierownikowi przebywającemu w bazie, Krzysztofowi Wielickiemu, trudności z oddychaniem i ogólne osłabienie i miał zażyć lekarstwa w/g instrukcji. W czasie schodzenia z przedwierzchołka Rocky Summit zaliczył mały upadek w efekcie którego wypiął mu się rak. Podczas ostatniej łączności o 6.30 rano 6 marca meldował trudności z zapięciem tego raka. Mówił też, że widzi Macieja Berbekę. Tuż przed świtem widać było z bazy na wys. 4950 m światełko latarki na siodełku przełęczy. Rano jeden z pracowników bazy (kucharz) widział(?) postać pod przełęczą w okolicy szczelin (uznano, że to Maciej).
Od 6.30 czasu lokalnego nie ma żadnego kontaktu z zaginionymi. Ostatnia rozmowa z Maciejem Berbeką miała miejsce na szczycie o 18.00. Maciej rozmiawiał najprawdopodobniej z radia Tomka.
O świcie 6 marca z obzou II na 6200 m wyszedł do góry oczekujący tam w odwodzie Karim Hayyat i ok. 13.00 dotarł w/g raportu Wielickiego do szczelin. Oceniamy tą wysokość na ok 7700 m. Nie napotkał on żadnych śladów, widział wszystkie szczegóły drogi aż do przełęczy i wycofał się do obozu IV. Dwójkę himalaistów uznano od tego momentu oficjalnie za zaginionych.

Doświadczeni himalaiści byli bardzo oszczędni w ogłaszaniu sukcesu. Oni dobrze rozumieją, że zdobycie szczytu to jedynie połowa sukcesu. Jego pełnię daje dopiero bezpieczny powrót do bazy. Wiedział o tym na pewno doświadczony Maciek Berbeka, Zakopiańczyk, ratownik TOPR, znakomity przewodnik tatrzański i wysokogórski, alpinista i himalaista, zdobywca pięciu ośmiotysięczników poza wczorajszym Broad Peakiem, w tym dwóch także zimą, w trakcie pionierskich wypraw. Dokładnie 25 lat temu myślał, że zdobył zimą Broad Peak. Dopiero po zejściu, które było ponad 24-godzinną walką o życie w śnieżycy, dowiedział się, że osiągnął jedynie niższy o 23 m przedwierzchołek, Rocky Summit. Towarzyszący mu w tej wyprawie Alek Lwow, napisał potem książkę o znamiennym tytule „Zwyciężyć, znaczy przeżyć”.
Chciałoby się rzec: Zwyciężyć, znaczy ocalić nadzieję.

Maćku, Tomku, ciągle czekamy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *