Broad Peak. Trudny powrót i czas wyjaśnień

Nadszedł czas wyjaśnień. W niedzielę trzej uczestnicy wyprawy na Broad Peak: pierwsi zimowi zdobywcy szczytu Adam Bielecki i Artur Małek oraz kierownik Krzysztof Wielicki wrócili po cichu bez udziału mediów do Polski. We wtorek w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbyła się konferencja prasowa zwołana celem podsumowania zwycięskiej i tragicznej wyprawy. Poznaliśmy szczegóły ataku szczytowego, zarówno wejścia na szczyt w dniu 5 marca, jak i zejścia, podczas którego zaginęli w dniu 6 marca himalaiści Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Słowa, które padły podczas konferencji prasowej porządkują naszą wiedzą na temat tych zdarzeń, układają ich chronologię, prostują wiele informacji, które podane na gorąco zostały w kilku przypadkach przeinaczone. Często na skutek błędów w komunikacji spowodowanych zapewne nerwową atmosferą panującą w tych dniach na łączach satelitarnych, które były jedynymi środkami kontaktu znajdujących się na terenie Pakistanu członków wyprawy z przebywającymi wówczas w kraju szefem programu Polski Himalaizm Zimowy, Arturem Hajzerem, członkami rodzin, przyjaciółmi obu himalaistów oraz żądnymi wszelkich informacji mediami. Jednak prawdy o losie Berbeki i Kowalskiego nie poznaliśmy, słowa tych, którzy wrócili utwierdzają w przekonaniu, że możemy nie poznać jej nigdy. Góry na ten temat milczą, himalaiści i my możemy jedynie interpretować zdarzenia na podstawie posiadanej wiedzy o nich.
Przypomnę więc fakty, które bądź to zostały po raz pierwszy przedstawione podczas konferencji, bądź też sprostowane, usystematyzowane, rozwinięte. Spróbujmy zrozumieć ich znaczenie.

1. Członkowie wyprawy zdecydowali się na atak we czwórkę, bez podziału na osobne dwójkowe zespoły. Nie było głosowania na ten temat, także informacje, że przegłosowali kierownika wyprawy są nieprawdziwe. Każdy ciężko zapracował na możliwość podjęcia próby wejścia na szczyt. Każdy wykazał się podczas wyprawy siłą, wytrzymałością, każdy miał też wystarczającą aklimatyzację, żeby podjąć próbę. Ale celem wejścia w 4-osobowym składzie było też zwiększenie bezpieczeństwa podczas ataku. Rzeczywiście można mniemać, że gdyby problemy zdrowotne u jednego z członków wyprawy nastąpiły na etapie wejścia, można byłoby zorganizować bezpieczny odwrót, a być może podzielić grupę na dwie dwójki: kontynuującą atak i schodzącą.
Decyzja o godzinie wyjścia z obozu IV w dniu ataku była przedyskutowana i podyktowana zarówno koniecznością wypoczynku (co najmniej 5 godz. przed atakiem), jak i oczekiwaniem na względne podwyższenie temperatury. Wyjście nastąpiło tak jak pisałem już w tekście „Tryumf i dramat na Broad Peak” w papierowym wydaniu Tygodnika Powszechnego o 5.15.
2. Początkowe tempo ataku było bardzo wysokie. Atakująca czwórka w ciągu 4 godz. osiągnęła szeroką szczelinę na wys. 7820 m, która zatrzymała poprzednie próby. Pokonała więc 400 m przewyższenia. Tempo dyktował Maciek Berbeka, co świadczy o tym, że mimo wieku (58 lat) był on w świetnej formie i wbrew pojawiającym się wątpliwościom miał predyspozycje do podjęcia takiego wyzwania. Także on wraz z Adamem Bieleckim aktywnie uczestniczył w pokonywaniu szczeliny.
3. Dalsza droga na przełęcz na wys. 7900 m zajęła znacznie więcej czasu niż planowano, a to ze względu na to, że zagradzały ją kolejne dwie szczeliny, o których istnieniu uczestnicy wyprawy nie mieli prawa wcześniej wiedzieć. Przełęcz osiągnięto o godz. 12.30, pierwsi dotarli na nią Bielecki i Berbeka, jednak pozostała dwójka, Małek i Kowalski, osiągnęła ją niedługo po tym. Stosunkowo nieduże odstępy pomiędzy wchodzącymi kolejno wspinaczami widać na zrobionym przez Bieleckiego pod przełęczą zdjęciu.
4. Adam Bielecki, który jako pierwszy osiągnął przełęcz pokusił się o szybki rekonesans dalszej drogi. Rozpoczynająca się ponad przełęczą grań prowadząca na przedwierzchołek Rocky Summit zaskoczyła go dużymi i niespodziewanymi trudnościami. Ten fragment mogliśmy oglądać na zrobionym przez Bieleckiego zdjęciu, które jest pierwszą w ogóle fotografią tego fragmentu drogi na szczyt zrobioną w zimie. W porównaniu ze zdjęciami z lata widać znaczne trudności mikstowe, czyli lodowo-skalne, w miejscach, które w okresie letnim pokryte są śniegiem. Bielecki wykonał telefon do Wielickiego z wyrazem swoich wątpliwości i uzyskał informacje na temat dalszej drogi na szczyt.
5. Ze względu na rosnące trudności grupa podzieliła się na dwa zespoły. Podział był dyktowany różnymi czynnikami. Bielecki z Małkiem znali się już przed wyprawą i wspinali się razem. Poprzedni atak przebiegał też w dwóch zespołach. W tym drugim szczyt atakowali Berbeka i Kowalski. Najmniej doświadczony na takich wysokościach Kowalski wspinał się obok najbardziej doświadczonego himalaisty w grupie. Krzysztof Wielicki chciał też aby w każdym zespole znalazł się wspinacz, który znał już Broad Peak z poprzednich wypraw. Berbeka dotarł zimą 1988 r. do przedwierzchołka Rocky Summit, Bielecki choć nie był na szczycie, aklimatyzował się na nim przed wyprawą na K2 w zeszłym roku.
6. Droga na przedwierzchołek przebiegała powoli, spowalniały ją trudności terenu, niekorzystny śnieg typu cukier oraz rosnące zmęczenie w przedłużającym się wejściu. Dodatkowo wchodzący jako pierwszy Adam Bielecki natrafił na nieznaną przeszkodę lodową pomiędzy dwoma wierzchołkami Rocky Summit. Pomimo opóźnienia wszyscy uczestnicy dotarli na Rocky Summit ok. godz. 16. i byli zdeterminowani, aby kontynuować atak. Wielicki opowiada: – Pytałem: Maciek, jest już dość późno, dacie radę? Odpowiadał, że po to tu przyjechali, że dadzą radę. Zaufałem jego doświadczeniu. Nikt nie mówił, że się źle czuje. Atak był nie do zatrzymania. Nie miałem nawet do tego pretekstu.
7. Pogoda, co widać na zdjęciach, była doskonała. Dokładnie taka, jak przewidywały prognozy. Bez chmur, słonecznie, praktycznie bezwietrznie. Wobec takich prognoz uczestnicy już wcześniej zakładali, że jeżeli atak się przedłuży, to są gotowi wracać po zmroku. Poza dosyć znacznym opóźnieniem, które mogło wynosić ok. 2 godz. w stosunku do założeń, wszystko przebiegało w należytym porządku. Himalaiści byli zmęczeni, ale nikt z nich nie narzekał, nie dawał też oznak wyczerpania. Za Rocky Summit uznali, że teren nie wymaga już asekuracji i rozwiązali się
8. Dalsza droga na wierzchołek zajęła także dużą ilość czasu. Adam Bielecki stanął na nim jako pierwszy o 17.20. Następna trójka wychodziła kolejno w kilku-kilkunastominutowych odstępach, które widać na zrobionym przez Bieleckiego z okolic szczytu zdjęciu w tył na Rocky Summit. W skali wejścia należy uznać takie różnice czasowe za niewielkie. Uczestnicy utrzymywali zresztą ze sobą kontakt wzrokowy. Każdy wchodził na wierzchołek, robił na nim pamiątkowe zdjęcie lub krótkie nagranie wideo i natychmiast rozpoczynał zejście. Małek i Bielecki oceniają czas przebywania na szczycie na od 30 sekund do 2 minut.
9. Adam kontaktował się z Wielickim w czasie ataku i oceniał odległość od szczytu. Próbował skontaktować się także ze szczytu, żeby pozdrowić Wielickiego jego słynnymi słowami z pierwszego wejścia zimowego na Everest: – Zgadnij gdzie jesteśmy? Jesteśmy na szczycie!!! Niestety w jego radiotelefonie doszło do przestawienia częstotliwości. Nie był w stanie tego naprawić i skontaktować się z bazą aż do momentu powrotu do namiotu. Problemy z radiem wystąpiły też u Małka. Doszło do zwarcia. Berbeka z nieznanych przyczyn w ogóle nie używał swojego radiotelefonu. Ze szczytu odezwał się z telefonu Kowalskiego i był to, jak potwierdzają uczestnicy konferencji rzeczywiście jego ostatni kontakt z bazą. Nastąpił o godz. 18. Do ok. 23. Wielicki miał kontakt tylko z Kowalskim.
10. Bielecki i Małek schodząc rozmawiali krótko z wchodzącymi na szczyt. Według nich Kowalski nie przejawiał oznak wyczerpania ani też choroby wysokościowej. Proponował Małkowi nawet powrót na wierzchołek w celu nagrania filmu. Małek odmówił, nie był w stanie już podejść. Twierdzi, że Kowalski wyglądał na mniej zmęczonego od niego. Zmęczenie widać było też po Berbece, ale ten zaproponował nawet Małkowi związanie liną w zejściu. Małek odmówił wiedząc, że ze względu na panujące zimno nie będzie w stanie zaczekać na dwójkę himalaistów. – Wiedziałem, że jak zatrzymam się na 5 minut i poczekam, to zamarznę – mówi. Każdy postój powodował natychmiastowe wyziębienie, które przejawiało się w drgawkach ciała. Pojawił się element strachu o zejście, który motywował do przyspieszenia tempa i nie robienia postojów. Adamowi Kowalski odpowiedział wcześniej, że czuje się „ok”. Berbeka, któremu Bielecki pogratulował kiwnął tylko głową. To były, jak się później okazało ostatnie spotkania z zaginionymi następnego dnia wspinaczami.
11. Przewaga, którą Bielecki uzyskał w zejściu była wynikiem schodzenia w 2/3 grani jeszcze w świetle zachodzącego słońca i jasności dnia. Małek potwierdza, że po zapadnięciu zmroku jego tempo schodzenia drastycznie spadło. Nie było chmur, ale też noc była ciemna, bez światła księżyca. Bielecki podczas zejścia miał problemy fizjologiczne, wymiotował ok. 10 razy. Po dojściu do obozu, które nastąpiło nie o 21., jak podawał pierwszy komunikat, ale o 22.10 (Bielecki twierdzi, że nawet o 23.) zgodnie z prawidłami sztuki zaczął gotować wodę dla schodzącego partnera. Obserwował światło czołówki. Gdy znikło, zaczął się martwić i wyszedł w kierunku schodzącego, ale był w stanie w ciągu ok. pół godz. pokonać jedynie 50 m drogi w górę. Dalsze podejście ze względu na skrajne zmęczenie i bardzo wolne efekty mijało się z celem. Na szczęście okazało się, że chwilowe zaginięcie Małka było spowodowane wyczerpaniem baterii w czołówce. Ich zmiana zajęła ok. 40 min. Małek dotarł do „czwórki” o 2. w nocy (Bielecki określa tą godzinę na 3.)
12. Coś nieprzewidzianego wydarzyło się ok. godzinę po ostatnim kontakcie ze szczytu w drodze powrotnej. Kowalski w kontakcie z bazą stwierdził, że nie jest w stanie podejść pod wierzchołek Rocky Summit. – Nie widzę Maćka, nie mogę podejść pod Rocky Summit. Jestem słaby. Nie mogę iść. Zmarzłem. Mam białe ręce –
mówił. Na pytanie: „Gdzie masz rękawice?” odpowiadał: – Nie wiem.
Takie zachowanie, jak irracjonalne zdejmowanie rękawic bywa objawem zaburzeń percepcji spowodowanych wysokością.
Dalsze jego droga zejściowa była motywowana przez Wielickiego przez radio. Jak twierdzi kierownik, w ciągu nocy łączył się ok. 6-7 razy z Kowalskim. Ten mówił, że nie może iść, robił dwa kroki i dalej stawał. Organizm wspinacza przypominał urządzenie funkcjonujące na wyczerpujących się bateriach. Himalaiści podejrzewają, że doszło do wyczerpania energetycznego organizmu, które mogła wzmóc narastająca choroba wysokościowa oraz być może wyziębienie, a w efekcie hipotermia, spowodowane przez coraz częstsze postoje.
13. Wszyscy wyrażają bardzo duże zdziwienie tak szybkim osłabieniem i pogorszeniem stanu zdrowia Kowalskiego, biorąc pod uwagę, że nie dość, iż stanął na wierzchołku, to jeszcze nie przejawiał niepokojących oznak. Ale historia himalaizmu zimowego zna już dwa, być może nie tak gwałtowne, ale podobne przypadki, które każą sądzić, że w zimie na dużych wysokościach wszystkie znane stamtąd problemy zdrowotne mogę się gwałtownie eskalować. Nie były prowadzone na ten temat nigdy żadne badania, a owe sytuacje nie znalazły też wyjaśnienia. W 1986 r. podczas wyprawy zimowej na Kanczendzangę zmarł jeden z najsilniejszych polskich himalaistów, partner Jerzego Kukuczki, wraz z nim pierwszy zimowy zdobywca Dhaulagiri, Andrzej Czok. Po dojściu do obozu IV zasłabł, jego stan gwałtownie się pogorszył. Zniesiono go do „trójki”, w której zmarł. Ten proces trwał zaledwie 6 godz. Z kolei rok temu wielką rosyjską wyprawę na K2 przerwała niespodziewana śmierć Witalija Gorelika, równie mocnego, doświadczonego, ale jeszcze młodego himalaisty. Po powrocie z akcji powyżej 7000 m lekarz stwierdził u niego poważne odmrożenia, jednakże nielotna pogoda w kolejnych dniach uniemożliwiła ewakuację rannego. Według jednych źródeł powikłania po odmrożeniach były wynikiem zgonu, jednak bardziej wiarygodne mówią, że spowodowała go niewydolność serca.
14. Nie wiadomo, nie można tego jednoznacznie stwierdzić, czy Maciek Berbeka był obok Kowalskiego podczas zejścia, czy mu towarzyszył. W rozmowach Tomek mówił raz, że go widzi, innym razem, że nie. W jednym z połączeń Kowalski wyraźnie powiedział jednak w liczbie mnogiej: „będziemy biwakować”. Wskazywać by ona mogła na obecność Maćka w pobliżu. Jednak na kolejne pytanie Wielickiego, o to gdzie są, po odpowiedzi „na kamieniu” i prośbie o przekazanie telefonu Maćkowi, nastąpiła kilkusekundowa przerwa, skwitowana stwierdzeniem: – Maciek nie chce gadać.
Czy było tak naprawdę? Czy jedynie schorowana wyczerpaniem, a być może już także wysokościowym obrzękiem mózgu wyobraźnia stworzyła obraz partnera obok? Nie dowiemy się. Wiadomo, że wrażenie obecności kogoś obok jest znanym i opisywanym na takich wysokościach, przy skrajnych stanach organizmu fenomenem, doświadczył go nawet sam Krzysztof Wielicki podczas samotnego zejścia z Dhaulagiri.
Wrażenie, że Kowalski już wtedy nie wiedział, co się z nim dzieje, potęguje fakt, że ani razu nie poprosił o pomoc. Zgłosił tylko problemy z oddychaniem, Wielicki zalecił mu zażycie heparyny, deksametazonu oraz nifedypiny. Tej ostatniej Kowalski już raczej nie zażył, gdyż jak zakomunikował, zgubił apteczkę.
W ostatniej rozmowie pojawił się temat raka, który spadł mu z niewiadomego jednak powodu. Nie wiadomo czy po upadku czy też na skutek innego czynnika.
15. Nie można jednoznacznie stwierdzić co było przyczyną śmierci alpinistów. Nad ranem z bazy kucharz widział światło czołówki na wysokości szczelin. Nie ma wątpliwości, że był to schodzący Maciej Berbeka. Mógł wpaść do jednej ze szczelin, ale też upaść na stromym stoku i spaść w przepaść znajdującej się pod nim ściany. Nie można wykluczyć, że do wypadku przyczyniło się także wyczerpanie energetyczne organizmu. Może zresztą było ono przyczyną śmierci. Nie było „biwaku” sensu stricto, a raczej powolne, trwające całą noc schodzenie. Adam Bielecki twierdzi, że nigdy nie zdecydowałby się na zimowy biwak na takiej wysokości. – Ja bym chyba czegoś takiego nie przeżył – przyznaje.
Można uważać, że Tomasz Kowalski zaległ w miejscu, z którego nie miał siły już dalej iść. Jednak równie prawdopodobne, jak twierdzą Wielicki i Hajzer, jest to, że jednak podjął próbę schodzenia i spadł. Jeżeli tak to czy na stronę pakistańską czy chińską? Czy człowiek w takim stanie zdawał sobie jeszcze w ogóle sprawę gdzie iść? To są pytania, które pewnie na zawsze zostaną bez odpowiedzi. Jedyną odpowiedzią na nie jest motto z ks. Tischnera, którym rozpocząłem tekst o tym tryumfie i dramacie w poprzednim wydaniu Tygodnika: „Góry milczą, wszystko, co milczy nadaje się do przechowywanie ludzkich tajemnic”.
16. Nie można oskarżać młodych himalaistów o bierność wobec dramatu na górze. Gdy Adam Bielecki w godzinach nocnych zobaczył światełko na grani, przeraził się. Kontaktował się z Kowalskim, także motywował go do schodzenie. Rano kolejną próbę podejścia wyżej z termosem z herbatą podjął Małek. Przerwał ją po zaledwie 30 metrach. Fizycznie nie był w stanie iść pod górę. Pakistańczyk Karim Hayat tego dnia 6 marca ok. godz. 13. dotarł samotnie, choć nikt nie wymagał od niego ryzykowania życia, aż do wys. 7700 m. Nie trafił na żadne ślady schodzących. Wobec braku innych środków i sił poszukiwania w górnych partiach szczytu nie były kontynuowane. Należy to zrozumieć, podobnie jak inne decyzje podejmowane przez uczestników wyprawy. Determinacja i chęć zdobycia szczytu ciągnęła ich w górę aż do późnych godzin popołudniowych. Podejmowali ją za siebie nie tylko młody Kowalski, ale też doświadczony Berbeka. Decyzji o rozdzieleniu się podczas zejścia nie można oceniać w kategoriach trafności. Była ona jedyną możliwą. To nie był wybór pomiędzy pomocą kolegom a schodzeniem, ale raczej między ciągłym ruchem a bezruchem i śmiercią. Trudne fragmenty zejścia były zabezpieczone poręczówkami. Na innych takie samo ryzyko poślizgnięcia się, potknięcia, upadku w przepaść groziło w równej mierze wszystkim uczestnikom. Ale byli oni doświadczeni i przygotowani na takie trudności oraz ryzyko. Wysuwając oskarżenia o bierność i nie udzielenie pomocy zbliżamy się za bardzo do żądania ofiary, bo tym musiałoby w tych warunkach skutkować oczekiwanie na wolniejszych kolegów i próba pomocy im. Nawet mimo panującej wówczas rzadko spotykanej zimą w Karakorum tak dobrej pogody, zapominamy, że temperatura w godzinach wieczornych wynosiła ok. minus 35 stopni, a młodzi wspinacze mieli za sobą 17 do 21 godzin ekstremalnie ciężkiej akcji górskiej i byli wyczerpani. Artur Małek dotarł do obozu IV resztkami sił.
17. Nie znaczy to oczywiście, że sprawa jest zamknięta, wszystko zostało wyjaśnione. Artur Hajzer oraz uczestnicy powiadomili o tym, że w Polskim Związku Alpinizmu zostanie powołana specjalna komisja, która zajmie się wyjaśnieniem szczegółów ataku szczytowego i przyczyn dramatu, wskazaniem ewentualnych błędów popełnionych przez członków wyprawy lub też uchronieniem ich przed groźbą niesłusznych oskarżeń. Na pewno zostaną przeanalizowane materiały zdjęciowe, filmowe oraz nagrania rozmów które Krzysztof Wielicki prowadził z uczestnikami ataku.
W świetle dotychczasowej wiedzy wszelkie oskarżenia pod adresem młodych himalaistów, kierownika wyprawy oraz twórcy i organizatora programu Polski Himalaizm Zimowy są nieuprawnione. Zaledwie 6 żyjących himalaistów przekroczyło zimą wysokość 8000 m w Karakorum i stanęło na szczycie znajdujących się w tych górach ośmiotysięczników. Oprócz Bieleckiego i Małka są to Włoch Simone Moro (wywiad z nim ukazał się w poprzednim wydaniu Tygodnika Powszechnego), Kazach Denis Urubko i Amerykanin Cory Richards. Niewielu, jak Alek Lwow, partner Berbeki z nieudanego ataku w 1988 r. czy Robert Szymczak, doktor medycyny wysokogórskiej, dotarło sto czy dwieście metrów niżej. Tym samym niewiele osób ma realną wiedzę na temat warunków i trudności wspinaczki zimą w Karakorum na wysokości, na której doszło do tragedii.

16 thoughts on “Broad Peak. Trudny powrót i czas wyjaśnień

  1. ~Jola

    Pojawiło mi sie trochę pytań. Obóz szturmowy został rozłożony na wysokości 7300-7400 m npm a planowany był na wysokości 7600 m npm. jaki czas zaoszczędziliby wspinacze w dniu szturmu, może to dało by im mozliwość zejścia za dnia i pozostałoby im wiecej energii na zejcie.
    Dlaczego mie mieli telenu, by użyć go w sytuacji zagrożenia zycia. Dlaczego nie było nikogo oczekującego choćby w III obozie na wypadek potrzeby wsparcia schodzacych wspinaczy? Tu chodziło o czas dotarcia do potrzbujących. Nie znam się na wpinaczkach wysokogórskich, ale analizuje fakty. Mój syn w podobnym wieku obchodził urodziny 6 marca i też Tomek, stąd to moje zainteresowanie losami zaginionych alpinistów.

    Odpowiedz
  2. ~tantilla

    Pisze Pan: „Nie wiadomo, nie można tego jednoznacznie stwierdzić, czy Maciek Berbeka był obok Kowalskiego podczas zejścia, czy mu towarzyszył. W rozmowach Tomek mówił raz, że go widzi, innym razem, że nie. W jednym z połączeń Kowalski wyraźnie powiedział jednak w liczbie mnogiej: «będziemy biwakować». Wskazywać by ona mogła na obecność Maćka w pobliżu. Jednak na kolejne pytanie Wielickiego, o to gdzie są, po odpowiedzi «na kamieniu» i prośbie o przekazanie telefonu Maćkowi, nastąpiła kilkusekundowa przerwa, skwitowana stwierdzeniem: – Maciek nie chce gadać. Czy było tak naprawdę? Czy jedynie schorowana wyczerpaniem, a być może już także wysokościowym obrzękiem mózgu wyobraźnia stworzyła obraz partnera obok?”.
    Zmroziły mnie i zraniły głęboko zacytowane wyżej słowa. Zapewne ranią jeszcze bardziej Bliskich Tomka Kowalskiego i Maćka Berbeki. Czy konieczna jest w Pańskim wyważonym tekście taka wiwisekcja dokonywana bez znieczulenia?

    Odpowiedz
    1. ~Ultima Thule

      tantilla – czy może wyjaśnić na czym polega to „zranienie” ?

      Przecież ta wiwisekcja jest dokonywana właśnie przez rodziny zmarłych himalaistów i różnych ekspertów. To oni oceniają co i jak miał zrobić Adam. To oni uruchomili świadomie lawinę nienawiści i wrogości. To oni chcą zniszczyć Adama i utrudnić mu przyszłą karierę (na szczęście widzę, że Artur Hajzer nie podziela ich działań).

      Opisy tych tragicznych momentów nie są niczym złym. To nie my upubliczniliśmy tą wyprawę. Zrobili to sami jej uczestnicy. Wręcz nieśli kamery i na bieżąco wysyłali nam informacje multimedialne, abyśmy ich oglądali.

      No to oglądamy, analizujemy, dyskutujemy …

      To nie są prywatne sprawy uczestników wyprawy i ich rodzin. I nie chodzi mi tu nawet o to, że wyprawa była finansowana z pieniędzy publicznych. Nawet, gdyby to była wyprawa zupełnie prywatna, a informacje o niej przedostałyby się do przestrzeni publicznej przypadkowo, to nadal mielibyśmy całkowite prawo na ten temat dyskutować.

      Mam prawo się zastanawiać nad tym, dlaczego dziecko na wsi wpadło do studni, albo utonęło w strumieniu górskim. Nie rozumiem, skąd w ogóle pomysł, aby o takich sprawach zabraniać dyskutować lub stawiać jakieś ograniczenia dla formy tej dyskusji ?

      To są nasze przemyślenia, nasza ocena i nasza sprawa …

      Mam prawo myśleć, przetwarzać informacje i dzielić się swoimi przemyśleniami na temat dowolnego wydarzenia we Wszechświecie i mam prawo dowolnie je oceniać. Tak samo, jak i ja sam podlegam takiej ocenie. Tyle, że ja akurat nie zdobywam zimą szczytów, więc mało kogo to interesuje, co ja robię …

      Oni wybrali rolę celebrytów himalaizmu. Tomek wprost mówił o „przechodzeniu na karty historii. No to przeszedł i właśnie dlatego o nim rozmawiamy … Także o tym, co czuł i myślał w ostatnich chwilach życia …

      Nie o nim jednym się tak rozmawia i nie ma w tym niczego złego …

      Odpowiedz
  3. ~Janusz Gołąb

    Janusz Gołąb zdobył Gasherbruma I w tamtym roku wspólnie z Bieleckim, także jego też można zaliczyć do grona zdobyców zimowych ośmiotysięczników w Karakorum.

    Odpowiedz
    1. Bartek Dobroch Autor wpisu

      Napisałem 6 żyjących, a wymieniłem 5, nie wiem czemu, czasem to się zdarza, przepraszam

      Odpowiedz
  4. ~anka

    Zimą, na ośmiotysięczniku w Karakorum stanął również pan Janusz Gołąb. Tak tylko, chciałam uzupełnić. Chyba, że czegoś nie doczytałam.

    Odpowiedz
  5. ~kama

    DLACZEGO BIELECKI NA FILMIKU, KTÓRY NAGRYWA W DNIU ZDOBYCIA SZCZYTU MOWI, ŻE JEST W OBOZIE 4 NA 6400 ?WYDAWAŁO MI SIE , ŻE OBÓZ 4 MIAŁ BYĆ NA 7400

    Odpowiedz
  6. ~Thorgi

    Mam podobne wrażenia co autor bloga. Niesamowite są jednak ataki ‚troli’ internetowych na pozostałych uczestników wyprawy. Oceniają wszystko z perespektywy kapci i telewizora a nie walki o przetrwanie. Słuchając relacji ze zdobywania szczytu mam wraże że Artur Małek był ‚na granicy’ i miał sporo szczęścia że przeżył.

    Odpowiedz
  7. ~stary lis

    „Małek odmówił wiedząc, że ze względu na panujące zimno nie będzie w stanie zaczekać na dwójkę himalaistów. – Wiedziałem, że jak zatrzymam się na 5 minut i poczekam, to zamarznę – mówi.”

    „Na szczęście okazało się, że chwilowe zaginięcie Małka było spowodowane wyczerpaniem baterii w czołówce. Ich zmiana zajęła ok. 40 min.”

    i co Panie Małek? dalo sie jednak 40min wytrymac, co?

    Odpowiedz
  8. ~podroze

    Na obecną chwilę i w świetle dostępnych informacji wydaje się to bardzo trafnym podsumowaniem. Opinii publicznej treść nagrań rozmów zapewne nigdy nie zostanie udostępniona – można się domyślić, że poziom ich drastyczności i słowa jakie padają nie nadają się do publikacji, która byłaby tylko niezdrową pożywką dla tabloidów. Pozostaje się pochylić nad tajemnicą gór, które są zachłanne i jak widać – zbyt często bezwzględne.

    Odpowiedz
  9. ~vandermerwe

    „W świetle dotychczasowej wiedzy wszelkie oskarżenia pod adresem młodych himalaistów, kierownika wyprawy oraz twórcy i organizatora programu Polski Himalaizm Zimowy są nieuprawnione.”

    Nie bardzo rozumiem. Sa uprawnione i beda do momentu, gdy poznane i wyjasnione zostana wszelkie szczegoly. Zdobywac szczyt wyszlo czterech ludzi a wrocilo tylko dwoch – to jest punkt wyjscia do zadawania pytan i wysuwania oskarzen.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  10. ~Radosław Lepka

    Dziękuje autorowi za wyważony wpis. Mam jedno pytanie. Tuż przed zdobyciem szczytu Tomasz Kowalski mija A. Bieleckiego i A.Małka. Temu ostatniemu proponuje cofnięcie się na szczyt i nakręcenie filmu. Sytuacja jest trudna: skrajne zmęczenie – kilkanaście godzin ataku szczytowego, za kilka minut zajdzie słońce, są już dłużej niż planowali w strefie śmierci, jest jasne, że zejście będzie w nocy (a więc będą długo w pułapce grani – muszą wejść na Rocky Summit w drodze powrotnej). Dodatkowo A.Małek po tej chwili rozmowy czuje jak następuje wychłodzenie i musi ruszać dalej. Mimo to pada propozycja ze strony Tomasza Kowalskiego dotycząca cofnięcia się na szczyt. A. Małek reaguje na to, pewnego rodzaju ekscytacją – Tomasz powinien szybko wchodzić i czym prędzej schodzić. I moje pytanie: Czy owo pytanie Tomasza Kowalskiego zawierające w sobie cechy zmniejszonego krytycyzmu, trudności w ocenie sytuacji, w całym kontekście nie mogło świadczyć o początku choroby wysokościowej? Jeśli tak. Jeśli było ono przejawem początkowo zwiewnych zaburzeń świadomości, to następująca kilkanaście minut później noc mogła dużo zmienić (wyraźne nasilenie zaburzeń świadomości, zdolności do orientacji, oceny sytuacji). Jeśli tak było, to pułapka Rocky Summit mogła dopełnić reszty (wyczerpanie energetyczne).

    Odpowiedz
  11. ~askwara

    Panie Bartoszu mam dwa pytania odnośnie tego rodzaju wypraw. Szukałem odpowiedzi na forach, również specjalistycznych ale nie znalazłem. Również nikt z osób przeprowadzających rozmowy nie zadawał tego typu pytań. Są to pytania dyletanta ale wydają się być zdroworozsądkowe.
    Być może Pan mógłby na nie odpowiedzieć lub zadać je odpowiednim osobom.

    1.
    Dlaczego jeśli jest to wyprawa wysokiego ryzyka brakuje np. asysty w postaci np. 2 osób idącej do najwyższego obozu i czekającej na zdobywców szczytu. Powinni być zaaklimatyzowani lub cały czas na odpowiedniej mieszance do oddychania i gotowi do akcji.
    Przecież wtedy „akcja ratunkowa” Pakistańczyka, który wykazał duże poświęcenie byłaby niepotrzebna. O ileż skuteczniejsza byłaby taka akcja rozpoczęta z najwyższego obozu. Tym bardziej, że była sprzyjająca pogoda. Nie wspominając o tym, że czasami w drodze powrotnej można umrzeć kilka metrów od namiotu. A nawet w namiocie z wycieńczenia.
    Nie rozumiem dlaczego wyprawy nie są tak prowadzone. Czy to brak środków czy takie są zasady wspinania i zdobywania szczytów.
    2. Druga sprawa to lokalizatory. Nie rozumiem dlaczego ekipa ich nie miała i nie mogli znać swoich pozycji. Stąd też „akcja ratunkowa” i wypatrywanie czy kogoś nie widać. Przecież to jest praktycznie z góry skazane na porażkę.
    A może znów są to takie zasady, że pewne zabezpieczamy się tylko na pewnym technologicznym poziomie bo wspinaczka nie byłaby zgodna z regułami.

    Pozdrawiam
    Arkadiusz Skwara

    Odpowiedz
  12. ~nibylaik

    Nadal to tylko teoria, ale rzuca się w oczy wielokrotnie powtarzany fakt niekontaktowania się z bazą przez Berbekę, nawet w sytuacji, gdy mógł skorzystać z czyjegoś radiotelefonu. Może to halucynacje Kowalskiego, ale rzeczywiście Berbeka siedząc obok niego nie chciał przejąć radiotelefonu? Czy w czasie wyprawy pojawił się konflikt pomiędzy nim a Wielickim? Czy może sugerował Maciejowi by zrezygnował z ataku? Jeśli w ogóle konflikt istniał …

    Odpowiedz
  13. ~Anka

    Malek nie mogl poczekac 5 minut na szczycie na ponad 8000 , a baterie wymienial w okolicy przeleczy a to jest ponoc WIELKA ROZNICA !!!!!!!!!!! Czytaj uwaznie !!!!!!!!!!!!

    Odpowiedz
  14. ~Rafał

    …i nawet gdy góra zabierze mnie… zostanę tam… gdzie serce być chce…

    To, co się stało, już się nie odstanie. Jedyne co możemy to zachować w pamięci Tomka Kowalskiego i Maćka Berbekę, a także Artura Hajzera, który zginął kilka miesięcy później…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *