Archiwum kategorii: Bez kategorii

Glühwein na włoskim Weihnachtsmarkcie

Szkoda, że nie mogłem tam być w okresie Świąt i nie będę mógł być tam w Nowy Rok. W Święta jest tam pewnie jeszcze piękniej niż przed Świętami. Ale i tak miałem niezwykłą przyjemność spędzić początek tegorocznej zimy, kawałek adwentu w Południowym Tyrolu, pozostać „lekko w  tyle na jedną dobrą chwilę”, powrócić do krainy dziecięcych, zimowych i bożonarodzeniowych marzeń, którą w tym nieodległym, ale niezwykłym, rodzinnym w swojej atmosferze, a jednocześnie egzotycznym w gamie oferowanych smaków i atrakcyjności krajobrazów regionie odkryłem. Co tam, regionie. Regionem to może być Małopolska, Mazowsze, Podlasie. A Południowy Tyrol, autonomiczna prowincja Włoch, jest czymś więcej niż regionem. Jest osobnym światem. Na styku dwóch państw, narodów, kultur. Niby na terenie Włoch, ale przed stuleciem przecież jeszcze na terenie Austrii. A tak naprawdę ani tu ani tam. Wewnątrz obu kultur narodowych tych krajów i jednocześnie na zewnątrz ich.

Taki jarmark świąteczny w Bolzano chociażby. Weihnachtsmarkt jak wymalowany. Równie dobrze mógłby się znajdować w Monachium albo w Innsbrucku, w końcu tego typu jarmarki są niemiecko-austriackim wynalazkiem. A Bolzano, z niemiecka Bozen, nosi w swojej historii, zarówno bawarskie, jak i habsburskie, czy potem austriackie piętno. Podobny jarmark stoi co roku na Rynku mojego galicyjskiego miasta, z niemiecka Krakau, ale widzę w nim tylko jakąś imitację, jakkolwiek sympatyczną, ale jednak sztuczność, tani resentyment, próbę nawiązania do przyjemnych aspektów kawałka austriackiej historii miasta. A w Bozen/Bolzano wszystko tętni zupełnie naturalnym życiem. Wszystko jest na miejscu, choć znacznie bardziej to wszystko jest zagmatwane, znacznie bardziej kulturowo naznaczone niż w Krakowie.

Niemiecki i włoski mieszają się w jakąś dziwną kakofonię,choć tak miłą uchu. Twardość niemieckiego zmiękczona śpiewnym, szeleszczącym miejscowym dialektem łagodzi dynamiczny rytm typowej włoskiej paplaniny, która wyjątkowo jak na Południowy Tyrol, w Bolzano jednak przeważa. To nie tylko wynik odmiennych w tym mieście proporcji – gdy w całym Südtirolu 70% ludzi mówi miejscową odmianą niemieckiego, w Bolzano akurat 70% mieszkańców miasta posługuje się włoskim. Ale jarmark bożonarodzeniowy w tym mieście ściąga także Włochów z całego kraju. Bo to największy tego typu jarmark we Włoszech (drugi, mniejszy jest jeszcze w innym południowotyrolskim mieście Meran/Merano).  Specjalnie na niego przyjeżdżają autobusami nawet z odległego Rzymu. Przyjeżdżają i po włosku kupują to, co sprzedawcy w drewnianych straganach oferują zazwyczaj po niemiecku. Glühwein, czyli grzane wino, nieodłączny element wszystkich Weihnachtsmarktów. Speck, czyli lokalny przysmak, surową szynkę, którą Tyrolczycy z Południa produkują łącząc śródziemnomorskie i nordyckie zwyczaje konserwacji mięsa, solenie i wędzenie. Hirschsalami,czyli salami z jelenia. Sery z miejscowych górskich chat z Dolomitów lub masywu Ortlera, takie jak aromatyczne Steinpilzenkäse z dodatkiem grzybów albo Lagreinkäse, którego nazwę i bukiet smakowy naznacza lokalny szczep wina. Samo ciemne lagrein można tu kupić także obok innych win ze rdzennych południowotyrolskich szczepów vernatsch i gewürztraminer. Mężczyzna z czapką i fizjonomią Świętego Mikołaja sprzedaje także grappę na bazie rozmaitych owoców, nie tylko typowych dla tej włoskiej prowincji jabłek, ale także słodką i gęstą grappę z jeżyn.

Nie tylko języki, smaki, zapachy mieszają się ze sobą na dwóch placach w centrum miasta, na których odbywa się jarmark. Nawet w stanowiącej tło dla tej świątecznej magii architekturze placu stare, pamiętające austriackie czasy Południowego Tyrolu kamienice sąsiadują z młodszymi, racjonalistycznymi (głównie tymi z międzywojennego okresu faszystowskiego w dziejach miasta) włoskimi fasadami.

Na przykład z fasadą kamienicy, w której mieści się Biuro Promocji Południowego Tyrolu. W tym roku na czas przedświąteczny przemieniono ją w adwentowy kalendarz (kolejna niemiecka tradycja!), w którym codziennie odsłaniano jedną z kart, odkrywając pod nią zamiast czekoladki zimowe zdjęcie.

Nad tym wszystkim góruje gotycka katedra, którą wznosiliniemieccy i włoscy mistrzowie. Trzej Królowie, którzy pielgrzymują do niej, mówią także w trzech językach: po niemiecku, włosku i ladino. Bo językiem ladyńskim, powstałym ze szczątków łaciny pierwotnym językiem regionu, posługuje się ciągle kilka procent jego mieszkańców. W rejonach Val Gardena/Gröden i ValBadia/Gadertal nawet miejscowości noszą trzy nazwy: niemiecką, włoską i ladino. Tak jak na przykład St.Ulrich/Ortisei/Urtijëi, w którym aż 82% ludności mówi językiem ladino jako pierwszym. To jednak nie lingwistyczno-historyczna ciekawość ściąga tu gros turystów. Ale raczej zapach otaczających miejscowość lasów (to 34-metrowa choinka z Południowego Tyrolu ozdabia w tym roku Plac św.Piotra w Watykanie, a 50 innych drzewek rozstawionych zostało w innych miejscach Rzymu), niezwykłe widoki na otaczające Val Gardenę masywy Dolomitów: Le Odles/Geislerspitzen, Sella, Sassolungo/Langkofel, a przede wszystkim śniegi i pokryte nimi trasy narciarskie, w tym licząca 10,5 km La Longia. Ale to już zupełnie osobny temat, któremu zapalony narciarz musi poświęcić osobny tekst.

Tymczasem zapraszam na stronę Tygodnika Powszechnego także do świąteczno-zimowej galerii moich zdjęć z Południowego Tyrolu.

Grand Press 2010

Wracając na mojego bloga po dłuższej absencji, z przyjemnością pragnę poinformować, że mój wywiad z nestorami TOPR-u, Janem Krupskim i Józefem Uznańskim, „Jak chodzi o lawiny, to nie ma mądrych”,  który ukazał się prawie dokładnie rok temu w „Gazecie Wyborczej”, został nominowany do Grand Pressa w kategorii „najlepszy wywiad”.

Rozstrzygnięcie już dzisiaj w Warszawie.

Łaskawa Annapurna

Dobra nowina przyszła wczoraj z dalekich gór. Kinga Baranowska i Piotr Pustelnik zdobyli Annapurnę, jeden z najtrudniejszych ośmiotysięczników. Pustelnik zdobywając ten szczyt, swój 14 ośmiotysięcznik, ukończył wreszcie życiowy projekt Korony Himalajów, jako trzeci Polak, po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim. Wiele ostatnich lat, wiele miesięcy zmagań poświęcił właśnie tej górze. Nikt chyba na świecie żadnego ośmiotysięcznika nie oblegał tylokrotnie i z taką determinacją. To była jego piąta próba. Atakował giganta prawie ze wszystkich stron. Wycofywał się czasem w dramatycznych okolicznościach, dwa lata temu niemalże o krok od wierzchołka. Wcześniej sprowadzając spod szczytu do bazy i ratując tym samym życie dotkniętego śnieżną ślepotą tybetańskiego himalaisty. Po tym mówił, że ta góra wyssała z niego niemalże całe pokłady sił i człowieczeństwa. Miał nawet chwile, gdy chciał zrezygnować z dalszych prób i zakończyć swoją piękną himalajską opowieść bez tej kropki nad i. Ale potem wracał. Do osiągnięcia zamierzonego celu motywował go młody i silny Piotr Morawski. To z nim przeżywał na Annapurnie najbliższe sukcesu, ale też najtrudniejsze chwile. Ale potem góry zabrały też Piotra. I Pustelnik postanowił spróbować jeszcze raz. Trochę w imieniu Morawskiego, trochę dla upamiętnienia go, aby już samemu zrealizować ich wspólne marzenie. Kilka miesięcy temu napisał do administratorów portalu ExplorersWeb: „To ja – Piotr Pustelnik. Muszę cierpieć na jakąś poważną psychiczną chorobę… Chcę wrócić wiosną na Annapurnę.”

Niedługo po Pustelniku, który dzielił linę z innym długoletnim partnerem wspinaczkowym i towarzyszem Morawskiego z jego ostatniej wyprawy na Dhaulagiri, Słowakiem Peterem Hamorem, na szczycie stanęła też Kinga Baranowska. Dla naszej najlepszej obecnie himalaistki jest to siódmy ośmiotysięczny szczyt.

Tego samego dnia stanęła na nim też Koreanka Oh Eun-Sun, która tym samym jako pierwsza kobieta zdobyła Koronę Himalajów. I tak już zapewne zostanie zapisane w annałach, choć jej wejścia budzą ogromne wątpliwości. Nie chodzi tylko o styl, bo Koreanka korzystała za każdym razem z całego sztabu pomocników i dodatkowego tlenu nawet na niższych ośmiotysięcznikach, do których zdobycia nie jest on ani konieczny ani nawet potrzebny, chociaż owszem bardzo pomocny. Przede wszystkim jednak nie wszystkie jej wejścia zostały potwierdzone i udokumentowane ani przez świadków – innych niż koreańscy pomocnicy – ani za pomocą zdjęć czy filmów.

Na ocenę tego dokonania przyjdzie jednak jeszcze czas. Na razie pozostaje życzyć wszystkim himalaistom, którzy są w trakcie niebezpiecznego zejścia ze szczytu, szczęśliwego powrotu do bazy. To ona jest teraz szczytem, za zdobycie którego nagrodą nie jest himalajska korona, miejsce w historii czy ukoronowanie prywatnych ambicji, ale rzeczy cenniejsze: spokój bliskich, bezpieczeństwo, zdrowie i życie.

„Myślcie proszę…” – napisała Kinga z obozu IV w drodze zejściowej.

Polska jest Mszą

W powiązanych ze sobą lokalnych dziennikach w Hiszpanii pojawiła się dziś
ładna i wymowna metafora w tytule tekstu hiszpańskiej korespondentki.

Polonia es una gran misa (Polska jest jedną wielką Mszą) pisze andaluzyjski Diario Cordoba:
http://www.diariocordoba.com/noticias/noticia.asp?pkid=552713
Pod podobnym tytułem ten tekst pojawia się w katalońskim El Periodico a także w innych dziennikach, które publikują tekst Paoli Alvarez o naszej historycznej żałobie. 

 

Jeżeli Msza to czas skupienia, refleksji, modlitwy, a może tylko zadumy, nie wszyscy bowiem – pamiętajmy o tym – jesteśmy katolikami, jeżeli jest to czas słuchania, nie mówienia, to życzyłbym sobie, żeby ta metafora wytrzymała próbę czasu przynajmniej do końca żałoby. A może dopóki wszystkie ofiary nie spoczną w miejscach pamięci, w polskiej ziemi.

Szkoda, że nie wszyscy umieją uczestniczyć i godnie zachować się podczas Mszy. Szkoda, że nie wszyscy umieją powstrzymać się od głośnych szeptów, wymiany komentarzy w bocznej nawie, wskazywania palcem. Najsmutniejsze, że czynią to także ci, dla których uczestnictwo we Mszy jest, jak sami twierdzą, jednym z najważniejszych elementów życia.

Doprawdy godniej zachowują się czasem ci, którzy w tej narodowej Mszy nie uczestniczą w ogóle.

„Skiturowcy zdobywają Tatry”

Już miałem ogłosić, że sezon skiturowy w tym roku ledwie się zaczął, a już się właściwie skończył, gdy tymczasem na Podhalu sypnęło śniegiem, a w Tatrach spadło go aż pół metra. Zagrożenie lawinowe na razie wzrosło i ciągle ma tendencję wzrostową, wycieczek więc póki co nie polecam. Lepiej odczekać kilka dni, aż znowu wyjdzie słońce, a śnieg trochę zsiądzie.Tymczasem zapraszam do lektury mojego tekstu o skiturach i narciarstwie pozatrasowym, „Powrót na wyrypę, czyli skiturowcy zdobywają Tatry”, który ukazał się w świątecznym wydaniu „Polityki” dostępnym jeszcze dzisiaj w kioskach, a za kilka dni zapewne w internecie. Już teraz można oglądać tam galerię zdjęć Adama Kokota i Michała Kowalskiego, kolegów, znakomitych narciarzy i fotografów z naszego kolektywu Babel Images.

…i po Vancouver: Szopenka nart, czyli Wielka Improwizacja Tomasza Zimocha

Co to był za dzień! Co to był za weekend! Co to był za finał XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver! Bo radość soboty emanowała przecież na całą niedzielę. Nie pozwalała się na niczym skupić. Tylko wspomnienie tych wieczornych chwil, tego wspaniałego finiszu, walki na ostatnich metrach między Justyną Kowalczyk a Marit Bjoergen, potem wybuchu niepohamowanej radości, gdy przejechała jako pierwsza linię mety i wzruszenia podczas ceremonii kwiatowej i wtedy, gdy w końcu w środku nocy, po 38 latach polski sportowiec znowu stanął na najwyższym stopniu podium zimowej olimpiady. Takich chwile są w życiu kibica niepowtarzalne. Niezapomniane.

A sobotni wieczór był niezwykły nie tylko dzięki złotemu medalowi Justyny Kowalczyk. Wkład w naszą radość, która po żadnych zimowych igrzyskach nie była jeszcze tak wielka, wniosły panczenistki w finałach emocjonującego biegu drużynowego. Radość tym większą, że całkiem nieoczekiwana. Wprawdzie ich postawa w ćwierćfinale, w którym wyeliminowały faworyzowaną, nigdy wcześniej przez nie niepokonaną Rosję, była już jaskółką tego sukcesu. Ale z pewną ostrożnością, może mając w pamięci kompletnie nieudane starty indywidualne, nikt na dziewczyny specjalnie nie liczył. Media zresztą zaabsorbowane już sobotnim biegiem z udziałem Justyny Kowalczyk, informację o awansie panczenistek do półfinału podały gdzieś na marginesie, tak, że zapewne nie do wszystkich dotarła.

Sam życzyłem im oczywiście jak najlepiej, ale gdzieś tam w głowie czaiła się myśl, że teoretycznie najsłabsze w stawce Polki mogą zakończyć znakomity start na tym nieprzyjemnym dla sportowca czwartym miejscu. Ale już w półfinale z Japonią pokazały, że tylko odrobiny szczęścia zabrakło, aby znalazły się w finale i mogły powalczyć o „złoto”. Odrobiny szczęścia, jednego mocniejszego odepchnięcia łyżwą, bo jakimż niezwykle krótkim ułamkiem czasu jest 19 setnych sekundy, których zabrakło do finału. Ale finał B z reprezentantkami USA był już popisem nie tylko wytrzymałości fizycznej naszych łyżwiarek, ale też znakomitej myśli taktycznej trenera Pawła Abratkiewicza. To także moment, który pozostanie na długo w pamięci. Trzy łyżwiarki w biało-czerwonych strojach, Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska, wyjeżdżają na prostą po ostatnim wirażu i w jednej linii przekraczają z dużą przewagą nad ostatnią Amerykanką jednocześnie linię mety, za którą są już tylko łzy radości zmieszane jeszcze z lekkim niedowierzaniem, uściski, kwiaty, podium, brązowe medale, po 75 tys. zł z PKOl-u oraz spokojna sportowa i pozasportowa przyszłość z zapewnioną olimpijską emeryturą. A jedna z tych dziewczyn, Katarzyna Woźniak jeszcze niedawno, w zeszłym roku zdobywała medal Mistrzostw Świata juniorów w Zakopanem, kończąc 20 lat, więc o sportowej emeryturze nie myślała jeszcze pewnie ani razu. Podobnie jak 23-letnia Luiza Złotkowska.

Szkoda, że tego nie mógł komentować Tomasz Zimoch na antenie I Programu Polskiego Radia, który jeszcze godzinę wcześniej wychodził z siebie próbując opisać słowami pasjonujący finisz biegu na 30 km. Ciekawe ile w trwającym nieco ponad trzy minuty biegu drużynowym pomieściłby metafor?

To, co zrobił podczas biegu Justyny o złoto, przejdzie do historii polskiego komentarza sportowego, tak jak ostatnie minuty pamiętnego meczu Widzew-Broendby. Zimoch głosił potokiem swoich skojarzeń nową epopeję narodową. „Musisz odkryć swój skarb. Czytałaś to wielokrotnie w ‘Alchemiku’” – wrzeszczał Zimoch. A za linią mety porównywał Justynę z kaktusem, który potrafi ukłuć, ale może też być piękny. „Studiowałem godzinami o rodzinie kaktusów…” – rozwijał metaforę takim cudownym zdaniem, któremu pozazdrościłby niejeden pisarz. Wielka Improwizacja Tomasza Zimocha, której słucham od dwóch dni na okrągło, budzi jednocześnie salwy szczerego śmiechu, jak i autentyczne wzruszenie. Tak jak i jego interpretacje medalowych skoków Adama Małysza i „srebrnego” sprintu Justyny, podczas którego nazwał ją – jak aktualnie brzmi to skojarzenie w dniu 200. rocznicy urodzin wielkiego kompozytora – „Szopenką nart, Szopenką bieli”.

Polska historia sportu, do której wspaniały rozdział napisała Justyna Kowalczyk, będzie przez lata wspominana z niezwykłym, emocjonalnym, poetyckim komentarzem Tomasza Zimocha.

Wszystkie słowa ponadto, co powiedział o Justynie, będą zbyt małe, by wyrazić podziw dla jej nadzwyczajnego sukcesu. Odsyłam jedynie do komentarza w nowym (w najbliższą środę w kioskach) numerze Tygodnika Powszechnego.

Dajmy teraz odpocząć naszej pierwszej zimowej mistrzyni olimpijskiej. Niech nabierze sił, żeby w tym sezonie mogła jeszcze nas zadziwić.  

Vancouver – dzień 15: Sztafeta pokoleń

Lubię dyscypliny, w których rozpiętość wiekowa jest tak duża, że z powodzeniem mogą walczyć ze sobą nastolatkowie i zawodnicy, którzy mogliby być ich rodzicami. W sportach zimowych, poza łyżwiarstwem figurowym i niektórymi konkurencjami narciarstwa dowolnego, takie sytuacje mają miejsce niemal we wszystkich dyscyplinach. I działy się także dosyć często na tych igrzyskach. Taka sztafeta pokoleń, jak to pięknie ujął jeden z komentatorów mojego ulubionego duetu Jaroński/Wyrzykowski po zakończeniu wczorajszego biegu sztafetowego 4×7.5 km w męskim biathlonie. Nie przypadkiem zresztą użył tego określenia. We wczorajszej sztafecie nastąpiła bowiem rzecz podwójnie piękna. Na najwyższym podium stanęli Norwegowie. Sam wynik tej drużyny nie jest zaskoczeniem. Jak i to, że swój szósty złoty medal wywalczył największy biathlonista wszechczasów Ole Einar Bjoerndalen, dzięki czemu awansował na drugie miejsce w klasyfikacji multimedalistów Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Wyprzedza go tylko z dorobkiem 8 złotych i 4 srebrnych krążków inny Norweg, nawet nie król, ale bóg nart, Bjoern Daehlie. Ale nie to zwróciło szczególną uwagę moją i komentatorów Eurosportu. Na pierwszej zmianie pobiegł jeden z najbardziej doświadczonych i utytułowanych jednocześnie biathlonistów świata, Harvard Hanevold, lat 40. Do startu na drugiej zmianie klepnął debiutanta, jeszcze juniora, Tarjei Boe, lat 21. Boe pobiegł znacznie lepiej od Hanevolda, wyprowadził Norwegów na prowadzenie, którego nie utracili do końca biegu. Hanevold triumfował dzięki temu w swoim pożegnalnym olimpijskim starcie, a Boe w debiucie. Piękna symboliczna zmiana pokoleń w drużynie kraju z najstarszymi tradycjami narciarskimi na świecie. To jest właśnie magia igrzysk. Pokolenie, które biegło od Nagano kończy start i przekazuje pałeczkę następnemu, które pobiegnie do Soczi i dalej do Monachium czy Pyeongchang, gdziekolwiek odbędą się igrzyska w 2018. Do Soczi pobiegnie bez Hanevolda, ale jeszcze z Bjoerndalenem, który pewnie tam z kolei przekaże swoją pałeczkę zdolnemu następcy. Trzeba mieć ogromne tradycje, aby startować w sztafecie pokoleń. Chciałbym bardzo, aby Tomek Sikora dotrwał w formie do Soczi i tam mógł nie tylko zdobyć medal, ale przekazać pałeczkę przedstawicielowi młodego pokolenia polskiego biathlonu. Naiwny optymizm? A może warto być naiwnym optymistą.

Dyscypliną, w której często może nie przekazują pałeczki, ale podają krążek, stare, niemal 40-letnie gwiazdy, do młodych dwudziestokilkuletnich wilków, jest hokej. Jeszcze z Nagano pamiętam Siergieja Fiedorowa, który w Vancouver zagrywał do Małkina, Owieczkina i innych wielkich gwiazd, które teoretycznie mogłyby być jego dziećmi. Niestety efekt tych zagrań w przypadku reprezentacji Rosji był wyjątkowo nieskuteczny, o czym pisze na swoim blogu Anna Łabuszewska.

Dlatego o medale nie powalczy już więcej ani srebrny medalista z Nagano Fiedorow ani złoty – 38-letni Czech Jaromir Jagr. Ani też Peter Forsberg, który pamięta triumf Szwecji jeszcze w Lillehammer w 1994 r powtórzony cztery lata temu w Turynie. Brązowy medal z Nagano co najwyżej powtórzyć mogą dziś Finowie Teemu Selanne, Saku Koivu i jeszcze dwóch innych hokeistów, którzy pamiętają dawny sukces reprezentacji swojego kraju. Ale może bardziej zasłuży na niego głodna jakiegokolwiek hokejowego sukcesu Słowacja. Z jednym z najbardziej doświadczonych zawodników w tej ekipie kojarzy mi się anegdota dotycząca różnic w kwestii sławy pomiędzy Polakami a Słowakami.

Mój kolega wdał się kiedyś w słowackim pubie w rozmowę z podpitym miejscowym, który zaczął licytować się w wymienianiu znanych Polaków. „Wy Polacy to macie tylu znanych ludzi: Papież, Wałęsa, Skłodowska-Curie, Małysz…” „A kogo wy, Słowacy, macie?” –  trochę prowokacyjnie zagaił mój znajomy. Rozmówca nieco się speszył, zaczerwienił, zaczął myśleć i w końcu wydusił z siebie… „Szatan”. „Kto?” – nie załapał mój kolega. „No Miroslav Šatan, taki hokeista z enhaelu” – usłyszał w odpowiedzi.

Ten sam Šatan stanie dziś przed szansą ugruntowania swojej opinii najsłynniejszego Słowaka i zdobycia pierwszego olimpijskiego medalu dla kraju naszych sąsiadów.

Finał turniejowego turnieju w Kanadzie będzie rewanżem za ten z Salt Lake City. Wtedy w „złotej” drużynie Kanady grały największe legendy tego sportu, jak Mario Lemieux i Eric Lindros. Jutro na ich miejscu mogą znaleźć się 22-letni Sidney Crosby albo, jeśli wygrają Amerykanie, 21-letni Patrick Kane.

Zmiana pokoleń na igrzyskach nastąpiła też w saneczkarstwie, w którym 36-letni Armin Zoeggeler ustąpił po ośmiu latach miejsca na najwyższym stopniu podium zaledwie 21-letniemu Felixowi Lochowi. Mimo to po raz piąty stanął na podium.

W narciarstwie alpejskim 40-letni Patrik Jaerbyn zakończył udział w swoich ostatnich igrzyskach wypadkiem na trasie supergiganta. Kilka dni później pierwsze zwycięstwo w krótkiej karierze akurat na trasie olimpijskiego giganta odniosła 20-letnia Niemka Vikroria Rebensburg.

Sztafeta pokoleń pobiegła też w łyżwiarstwie szybkim. W wyścigu kobiet na 5000 m na najwyższym stopniu podium stanęła Czeszka Martina Sablikowa, 22-letnia wielka gwiazda tych igrzysk, a na najniższym 15 lat starsza Clara Hughes. Hughes to zupełnie niezwykła postać, bo zanim zdobyła dwa poprzednie medale na tym dystansie, była medalistką Letnich Igrzysk Olimpijskich w kolarstwie torowym.

Dziś finał curlingu, w którym, jeśli wygrają Kanadyjczycy, 43-letni Kevin Martin odbierze Hanevoldowi tytuł najstarszego złotego medalisty igrzysk w Vancouver.

Martin i jego koledzy w półfinale wygrali ze Szwedami, z których najmłodszy Oskar Eriksson ma zaledwie 18 lat.

Myśląc o tych wszystkich spotkaniach starych i młodych na trasach i podiach w Vancouver, próbuję sobie wyobrazić sztafetę pokoleń zmierzającą aż do Soczi i polską drużynę skoków z Adamem Małyszem i skoczkiem o połowę od niego młodszym – choćby zdolnym Klimkiem Murańką – w składzie.

 

PS. Zapraszam też do odwiedzenia galerii moich zdjęć z remizy w Kasinie Wielkiej, gdzie dziś także tłumnie zebrani mieszkańcy będą kibicować swojej krajance, Justynie Kowalczyk, z nadzieją, że pobiegnie po „złoto”.

Vancouver – dzień 14: Nieznośna dramaturgia igrzysk

Igrzyska w Vancouver przejdą zapewne do historii, jako najbardziej dramatyczne. Wypadki na torze lodowym, śmierć saneczkarza, potłuczenia bobsleistów, złamane żebra Petry Majdić, złamany palec Lindsey Vonn, kontuzje i bolesne upadki na trasach zjazdowych i ski-crossowych, lądowanie ukraińskiego skoczka w szpitalu… Długo by wymieniać wszystkie dramatyczne albo dramatycznie wyglądające zdarzenia, które miały miejsce na obiektach sportowych w Vancouver, Whistler i okolicach. Dramatyzm tych igrzysk silnie podchwyciły media. Wiadomo, nic się tak, jak dramat nie sprzedaje. Dlatego codziennie mamy okazję czytać w prasie, a zwłaszcza w głupszym bracie prasy, czyli w internecie, o dramatach kolejnych uczestników igrzysk. Nadużywanie słowa „dramat” jest oczywiście tendencją naszych czasów, ale w trakcie igrzysk, na których nie brakowało faktycznie tragicznych wydarzeń, jest ono wyjątkowo nieznośne. Bo jak można takim określeniem nazywać zarówno śmierć zawodnika, tragedię rodzinną, poważną kontuzję, wypadek oznaczający koniec igrzysk a nawet kariery, jak i zwykłe wypadnięcie z trasy, dyskwalifikację i kosztujący medal błąd. A dziennikarze, czy raczej piszący o Vancouver – bo z dziennikarstwem poza przepisywaniem agencyjnych depeszy mają czasem niewiele wspólnego – dramatem nazywają już nawet nie zdobycie przez faworyta złotego medalu.

„Dramat Lindsey Vonn” – jeden z portali zaczął informację o slalomie do kombinacji, w którym wypadła prowadząca po zjeździe Amerykanka. Co z tego, że nic się jej nie stało. Co z tego, że zdobyła wcześniej złoty medal w zjeździe. Co z tego, że całą kombinację wygrała jej serdeczna przyjaciółka, Maria Riesch. No istny dramat! Koniec świata!

Ciekaw jestem jak poinformował ów portal czytelników po tym, jak Vonn wypadła z trasy giganta i złamała palec. Choć to też nie dramat, ale co najwyżej pech.

Tak jak i wypadek Rosjanki Liwińskiej w 1/8 finału kobiecego ski-crossa. Fakt, wyglądało to nieprzyjemnie, zawodniczkę trzeba było zwieźć na toboganie, ale nie ma co dramatyzować. Ski-cross to dyscyplina pełna upadków, kontuzjogenna i nie ma co robić tragedii z tego, że ktoś się mocniej wywalił i potłukł. Dramat to dopiero taka kontuzja, jak ta, która zakończyła karierę najlepszej polskiej zawodniczki w tej dyscyplinie, Dagmary Krzyżyńskiej.

O dramacie Pluszczenki pisały rosyjskie media. „Srebro” nie dramat, wielu wzięłoby w ciemno, co najwyżej niesprawiedliwość, z której ta dyscyplina w świecie sportu słynie. Jeśli dawny kanadyjski mistrz Elvis Stojko podaje w wątpliwość sędziowski werdykt premiujący „złotem” swojego rodaka Lysacka, to wszystko mówi za siebie.

Większym „dramatem” dla Rosjan okazało się kilka dni później odpadnięcie ich hokeistów z turnieju. Ale to też nie dramat. Racej słabość i gwiazdorstwo.

„Dramat Kramera” znowu grzmiał inny portal po dyskwalifikacji Holendra w wyścigu łyżwiarskim na 10 km. Jaki dramat? Zwykła gapowatość. Trener się zagapił, źle wskazał zawodnikowi konieczność zmiany toru, Kramer znudzony chyba występem w najnudniejszej konkurencji igrzysk bezmyślnie posłuchał. Wygrałby złoto, a tak został zdyskwalifikowany. Przykrość, owszem. Ale nie dramat. Zwłaszcza, że cztery lata pracy Kramera nie poszły wcale na marne, bo wcześniej wywalczył „złoto” na 5000 m. Może to będzie przewrotna myśl, bo przecież starty indywidualne to czysty egoizm, ale dzięki temu, że Kramer został zdyskwalifikowany, na marne nie poszły cztery lata pracy jego rodaka, brązowego medalisty, Boba de Jonga.

Dramatem nie są też wypadki bobsleistów, chociaż niektóre muszą boleć. Natomiast tor olimpijski to zwykła bezmyślność organizatorów i konstruktorów, jeżeli nie ich czysta premedytacja, by dać gawiedzi igrzyska w dawnym rozumieniu tego słowa. Jedno czy drugie, doprowadziło w każdym razie na początku igrzysk do prawdziwego dramatu, jakim była śmierć gruzińskiego saneczkarza. Przewodniczący MKOl-u Jacques Rogge powiedział wczoraj, że jego organizacja ponosi moralną odpowiedzialność za tą śmierć. Łatwo się ponosi moralną odpowiedzialność, a przynajmniej ją deklaruje. Co innego z odpowiedzialnością finansową i prawną.

Oprócz tragedii Gruzina autentycznym dramatem był występ kanadyjskiej łyżwiarki figurowej Joannie Rochette. Kilka dni przed rozpoczęciem rywalizacji wśród solistek, zmarła jej matka. Dzielna Kanadyjka przełamała ból i żal po stracie, powstrzymała płacz, wyjechała na lód i… mogła zadedykować matce brązowy medal. Historia w amerykańskim stylu. Autentyczny dramat stał się być może kluczem do nadzwyczajnej mobilizacji i sukcesu. Życie matki się kończy, życie córki rozkwita. Budująca historia.

Tak samo, jak dramatyczny bieg połamanej i potłuczonej Petry Majdić, chociaż jej – i tu nie będzie nadużyciem to słowo – dramat nie przysłużył się zdobyciu brązowego medalu, ale raczej odebrał jej szanse na „złoto”. Ale i tak jej nieszczęście i heroiczna walka pozostaną jednym z najbardziej pamiętnych obrazów tych igrzysk. Zwłaszcza, że za dramatem Majdić stoi inny, poważniejszy. Dramat organizacyjny Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Ale o tym innym razem, zwłaszcza, że ten dramat jeszcze się nie zakończył.

Vancouver – dzień 12 i 13: Olimpijski niepokój, czyli kanapowe igrzyska

Styl życia kibica Zimowych Igrzysk Olimpijskich daleki jest od sportowego. Niby podziwia żelazną kondycję Justyny Kowalczyk, fascynuje go lekkość, z jaką fruwa Adam Małysz, respekt w jego oczach budzi strzeleckie opanowanie biathlonistów, a sam chciałby jeździć na nartach, jak Aksel Lund Svindal. A tu całe wieczory, noce, a czasem i poranki spędza przed telewizorem. Zajada orzeszki ziemne i słodycze patrząc na wychudzonych anorektycznych skoczków i słuchając opowieści o 200 kaloriach dziennej diety Janne Ahonena. Popija piwem, żeby trochę rozładować olimpijskie napięcie, niczym fiński skoczek albo dawny Bode Miller, jeszcze z czasów, gdy mieszkał na igrzyskach w swojej przyczepie. Czasem jeszcze w knajpie, zwłaszcza gdy ogląda zmagania polskich biathlonistów albo drużynowy konkurs skoków, odpala papierosa, jak Noriaki Kasai. Też dla powstrzymania apetytu, ale raczej tego na kolejne polskie medale. A potem w domu piję kawę albo napój z tauryną, żeby nie zasnąć w oczekiwaniu na finał halfpipe’u czy wyścigu łyżwiarskiego mężczyzn na 1500 m. Oczywiście zasypia podczas meczu kobiecego curlingu niedoczekawszy drugiej ceremonii medalowej Adama Małysza. Zasypia przy świetle, przed telewizorem, nawet gdy toczy się w nim arcyciekawy mecz hokejowy pomiędzy USA i Kanadą. A potem budzi się grubo za wcześnie, przed 4. nad ranem, wraz z ostatnim gwizdkiem na lodowisku, jak Małysz na dźwięk komórki Stefana Huli. Bo olimpijski sen jest płytki jak oddech astmatyka i nerwowy jak strzały Magdaleny Gwizdoń. Tam siedem pudeł, a tutaj jedno. Za to jakie! Telewizyjne.

Ale czasem na tym jednym pudle kibicowanie się nie kończy, miłośnik zimowych sportów – podobnie jak biathloniści naboje w sztafecie – doładowuje kolejne kanały, chcąc ustrzelić istotne rozstrzygnięcia. I kiedy trzy razy – TVP, ARD, Eurosport – pudłuje, biegnie karną rundę do internetu, gdzie nawet zignorowana przez publiczną telewizję Karolina Riemen jedzie na żywo w ćwierćfinale kobiecego ski-crossu i można zaliczyć okrążenie po wszystkich aktualnie rozgrywanych dyscyplinach, by następnie spokojnie wrócić na trasę telewizyjnego wyścigu. Nawet po dwóch kawach można dostać zadyszki. Nawet po trzech piwach nie można się całkiem wyluzować. Podczas igrzysk kibic zapomina co to olimpijski spokój.

Po trzynastu dniach gapienia się w telewizyjne pudło zaczyna jednak odczuwać syndrom wypalenia. Jak Martin Schmitt przed olimpiadą. Z tego zmęczenia, podobnie jak piękna biathlonistka Magdalena Neuner rozważa wycofanie się ze sztafety. W końcu wycofuje się dopiero z pierwszego przejazdu slalomu giganta kobiet, chociaż narciarstwo alpejskie należy do jego ulubionych dyscyplin. To nie to samo, co rezygnacja z short-tracku, narciarstwa akrobatycznego czy skeletonu. Chociaż te dyscypliny też niełatwo mu odpuścić. W końcu następna okazja do emocjonowania się wyścigami skośnookich łyżwiarzy, którzy biegają w kółko, jak poparzeni, oglądania artystów cyrkowych na nartach czy podziwiania odwagi ludzkich torped pędzących z zawrotną prędkością głową w dół lodowej rynny, zdarzy się nie wcześniej jak za cztery lata. A i teraz trzeba wiele samozaparcia, żeby ich zobaczyć. Bo ich zmagania rozgrywają się w czasie, gdy po tej stronie globu przysypiają już najwytrwalsze nocne marki a nie budzą się jeszcze najwcześniejsze ranne ptaszki.

No ale wracając do zmagań czołowych alpejek, kibic po krótkich zmaganiach z samym sobą rezygnuje z pierwszego przejazdu, wybierając giganta na stoku zamiast przed telewizorem. Nareszcie odpoczynek, w końcu można rozgrzać zastałe od przetrenowania w siedzącej dyscyplinie sportu mięśnie. Ale chwilowa odnowa biologiczna nie zestraja się z odnową psychiczną. Podczas własnych szusów kibic myśli już o drugim przejeździe na kanapie. Wracają też wspomnienia z igrzysk w Calgary i Albertville, gdy w każdym zjeździe ze stoku był kim innym. Zurbriggenem, Tombą, Aamodtem. Teraz trudniej mu wyobrazić sobie, że jest młodszym od siebie Carlo Janką. Jeszcze trudniej jest się wcielić w Lindsey Vonn. Wieczorem się dowie, że ulubiona alpejka, w której kocha się telewizyjną miłością jeszcze od czasów, gdy nosiła panieńskie nazwisko Kildow, wypadła z trasy. Wieczorem dowie się też, że drugi przejazd kobiecego giganta został przełożony na następny dzień. Pech chce, że na godzinę, o której kibic ma ważne zebranie. Już myśli o laptopie i bezprzewodowym internecie. Liczne na tych igrzyskach zmiany w kalendarzu rozgrywanych dyscyplin dodają mu tylko trosk i niepokoju.

Wcielania się w Justynę Kowalczyk już sobie w ogóle nie wyobraża. Bo po pierwsze w trakcie trwania igrzysk stopniał śnieg w jego górskiej wiosce. A po drugie z formą z igrzysk nie wytrzymałby nawet tempa biegaczki z biegu na 15 km, biegnąc na dystansie 500 m.

Oczy mu się kleją z niewyspania jak śnieg do nart Tomka Sikory podczas pierwszego feralnego startu w Whistler.

Czuje się jakby sam zdobył już cztery medale. Mimo, że nie ma wśród nich „złota”, to odczuwa wyraźny spadek motywacji. Nie tylko dlatego, że pozostała już tylko jedna polska szansa na medal. W końcu wytrawny kibic nie ogląda olimpiady tylko po to, żeby kibicować swoich. Bo po co miałby oglądać na przykład narciarstwo alpejskie? Nie mówiąc już o hokeju, w którym polska reprezentacja nie zakwalifikowałaby się nawet do czyszczenia lodu.

Ale odlicza już 22 finały, które pozostały do zakończenia igrzysk. Niektóre podaruje sobie z premedytacją. Na przykład, wybaczcie drogie panie, dzisiejszy finał kobiecego hokeja. Woli oszczędzać siły do nocnego programu dowolnego solistek. Mimo że nie lubi i nie rozumie łyżwiarstwa figurowego, to gracja i wdzięk jednej tylko koreanki Yu-Na Kim, przyciąga go bardziej niż 44 udające mężczyzn kobiety w kaskach.

Byle do niedzieli. Potem wreszcie się wyśpi. Potem wreszcie wypocznie.

Vancouver – dzień 11: Polski niedosyt, fiński smutek

Mamy cztery medale. Nigdy wcześniej na żadnych Igrzyskach nie zdobyliśmy nawet trzech. Ale ciągle uwiera nas pewien niedosyt.

Bo Adam nie zdobył upragnionego „złota”.

Bo oczami wyobraźni widzieliśmy nawet ze trzy medale w tym kolorze na szyi Justyny Kowalczyk.

Bo po cichu, choć w sezonie nie było ku temu poważnych przesłanek, liczyliśmy na medal Tomka Sikory.

Bo Weronika Nowakowska przegrała medal na strzelnicy o 2 milimetry.

No i najświeższy, wczorajszy niedosyt. Bo według wyników z konkursu indywidualnego, nasza drużyna skoczków miała walczyć o brąz, a wyszło co najwyżej przeciętnie.

Bo niby taka dobra passa polskich sportów zimowych, takie sukcesy, a w kwalifikacji medalowej raptem 17. miejsce.

Nasze oczekiwania są duże, bo Kowalczyk i Małysz rozbudzili je już przed Olimpiadą, a i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Także przed Igrzyskami określiliśmy nasze medalowe ambicje na pięć krążków. Przed epoką Małysza, przez 78 lat na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich nasi sportowcy zdobyli zaledwie cztery. Nie tylko nie byliśmy potęgą w sportach zimowych, ale powiedzmy to wprost, jak na czterdziestomilionowy kraj, w którym zima trwa, jak Pan Bóg przykazał, po trzy miesiące w roku, a ludzie od dobrych stu lat jeżdżą na nartach i łyżwach, to można uznać nas za wyjątkowych słabeuszy. W tabeli medalowej wszechczasów z jednym złotem stoimy w tym samym szeregu co Bułgaria, Kazachstan, Belgia, Ukraina, Hiszpania i Uzbekistan, kraje w większości ze znacznie uboższymi tradycjami w sportach zimowych, a i z gorszymi do ich uprawiania warunkami. Wyprzedzają nas maleńki Lichtenstein (9 medali, w tym 2 złote), płaska jak stół Estonia (7 medali, 4 złote), słoneczna, nie kojarząca się z zimą Chorwacja (9 medali, 4 złote, większość za sprawą cudownego rodzeństwa Kostelić), startujące dopiero w piątych Igrzyskach Czechy (12 medali, 4 złote, wcześniej Czechosłowacja zdobyła 25 medali) i gorąca, słynąca raczej z pływackich triumfów na Letnich Igrzyskach Australia (8 medali, 4 złote).

Jeśli Justyna nie wywalczy w ostatnim olimpijskim starcie złotego medalu nasza pozycja nawet w klasyfikacji medalowej obecnej Olimpiady się nie poprawi, a szanse na „złoto” ma jeszcze kilka krajów, które, podobnie jak my, mają nadal czyste konto w tej rubryce. Białoruś ma szanse w narciarskich skokach akrobatycznych, Chorwacja liczy na slalom Ivicy Kostelicia, Estonia ostrzy sobie zęby na walkę Kristiny Smigun z Justyną Kowalczyk, Japonia marzy o zwycięstwie solistki Mao Asady w łyżwiarstwie figurowym, Słowenia podbudowana „srebrem” Tiny Maze w supergigancie, oczekuje po jej starcie w slalomie gigancie pierwszego w historii Zimowych Olimpiad „złota” dla swojego kraju, a Finlandii w tej samej konkurencji Tanja Poutiainen może uratować olimpijski honor.

Jeśli bowiem z naszymi czterema medalami czujemy jeszcze niedosyt, to zobaczmy na wyniki absolutnej zimowej potęgi sportowej, Finlandii, która do swoich 151 zdobytych od 1924 r. medali dołożyła w Vancouver tylko jeden, srebrny, osiągniętny w dodatku nie w klasycznej, skandynawskiej dyscyplinie, nie na skoczni narciarskiej ani trasie biegowej, ale w szalonym konkursie snowboardowego halfpipe’u. Fiński upadek przypieczętowała wczorajsza postawa skoczków, którzy znowu, tak jak w sobotę Matti Hautamaeki, nie wytrzymali presji konkursu drużynowego i spadli poza podium. Tuż za nim albo całkiem od niego daleko plasowały się faworyzowane biegaczki narciarskie i utytułowani kombinatorzy norwescy. Hokeistki po przegranym półfinale z Kanadą musiała w szatni pocieszać sama prezydent, Tarja Halonen. Nie wiem jak wygląda fiński smutek, ale pewnie jest jeszcze smutniejszy niż ichniejsza radość.

Oprócz Poutiainen walczą jeszcze fińscy hokeiści, ale tylko nieosiągnięte nigdy „złoto” mogłoby osłodzić Finom gorycz totalnej kompromitacji w Vancouver.

Raczej nic i nikt nie uchroni przed nią Włochów, którzy może nie są uznawani za potęgę w sportach zimowych, ale 101 medali przed Vancouver każe sądzić inaczej. Tymczasem w Kanadzie zdobyli na razie tyle medali co my – jeszcze dwa tygodnie temu zdobywcy 8 krążków – ale Włosi w dodatku mają przewagę tych z najmniej cennego kruszcu. Kompletna katastrofa! Włoskie salto mortale!

A Japonia? Oni nigdy potęgą w sportach zimowych nie byli, choć i tak zdobywali cztery razy więcej medali od nas. Mieli swój czas pomiędzy Albertville a swoim Nagano. Wtedy walczyli o olimpijskie trofea między innymi w skokach i kombinacji norweskiej. A później popełnili jakieś sportowe harakiri. I pozostało im zmagać się o medale tylko na łyżwach. W Turynie zdobyli tylko jeden, ale złoty, teraz wymienili go na „srebro” i dwa „brązy”. Mizerny interes.

Do drużyn, dla których Olimpiada w Vancouver może być dziejową klapą, trzeba dopisać Rosję. Gdyby nie starania biegaczy i biathlonistów, które przyniosły efekt w postaci dwóch złotych medali i kilku innych, porażka niegdyś liderów olimpijskich klasyfikacji była by spektakularna. Zwłaszcza, że Rosjanie po raz pierwszy od 1960 r. nie zdobędą najprawdopodobniej żadnego medalu w swoim koronnym łyżwiarstwie figurowym. Tamta Olimpiada odbyła się w amerykańskim Squaq Valley, toteż znów pojawiają się analogiczne sugestie o spisku Zachodu przeciw rosyjskim łyżwiarzom. Tak jakby Rosjanie zapomnieli, że także w amerykańskim Lake Placid rywalizowali pod szyldem ZSRR w 1980 r. i zarówno tam, jak i potem w Calgary i Salt Lake City przynajmniej w konkurencji par zwyciężali.

Zanim więc ktoś jeszcze raz wypowie słowo „niedosyt” w kontekście polskich osiągnięć w Vancouver, niech najpierw pomyśli o fińskim, włoskim czy rosyjskim smutku.