Powrót lodowych wojowników – Polacy zimą na GI!

Wspaniała wiadomość dotarła z samego rana. Lodowi wojownicy powrócili! Polacy zdobyli jeden z ostatnich czterech niezdobytych wcześniej zimą ośmiotysięczników, Gaszerbrum I. Na liczącym 8068 m n.p.m. stanęli dzisiaj, 9 marca, o 8:30 rano czasu pakistańskiego Adam Bielecki i Janusz Gołąb. Wyprawa jest częścią projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 i odbywa się pod patronatem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Kierownikiem wyprawy jest Artur Hajzer, który oczekiwał na schodzących zeszczytu zdobywców w obozie II na wysokości 6400 m. Obaj himalaiści jeszcze dziś popołudniu ok. 17. lokalnego czasu znaleźli się w tym obozie. O ostatecznym sukcesie całej wyprawy będzie można mówić dopiero jutro lub pojutrze, gdy cała trójka zejdzie bezpiecznie i w zdrowiu do bazy.

Już teraz jednak można mówić o wielkim nawiązaniu polskich himalaistów do sukcesów z lat 80. Ostatnim Polakiem zimą na ośmiotysięczniku był w 2005 r. nieżyjący już Piotr Morawski. Swojego wyjścia na najniższy z ośmiotysięczników, Sziszapangmę dokonał jednak z Włochem Simone Moro. Przez następne lata to właśnie Moro ze swoim partnerem wspinaczkowym, Rosjaninem z Kazachstanu, Denisem Urubko zdominowali wcześniej tę czysto polską dyscyplinę alpinizmu, czyli himalaizm zimowy wchodząc jako pierwsi zimą w 2009 r. na Makalu, a w ubiegłym roku zdobywając jako pierwsi ludzie w ogóle ośmiotysięcznik w Karakorum, Gaszerbrum II. Ostatniego czysto polskiego wejścia na ośmiotysięcznik zimą dokonał przed Bieleckim i Gołąbem w Sylwestra 1989 r. Krzysztof Wielicki, kończąc w ten symboliczny dzień złote dziesięciolecie w polskim himalaizmie, które też rozpoczynał w 1980 r. spektakularnym pierwszym zimowym wejściem na Mount Everest wraz z Leszkiem Cichym. Dzisiejsze wydarzenie jest prawdziwym powrotem lodowych wojowników, jak Polaków w latach osiemdziesiątych nazywali nie kryjący dla nich podziwu himalaiści z innych krajów.

Obecna wyprawa także przejdzie do historii, nie tylko dzięki ostatecznemu sukcesowi, ale też wielkiej cierpliwości i zawziętości, z jaką go dokonano. Jest to bowiem jedna z najdłuższych himalajskich wypraw zimowych w historii. Wejście na szczyt zajęło polskim wspinaczom aż 49 dni. Tyle bowiem trwała akcja górska od kiedy 21 stycznia stanęła baza na lodowcu pod szczytem. Wejście przebiegało tzw. drogą japońską prowadzącą na szczyt od strony północno-zachodniej.

To dopiero drugie wejście zimą na leżący w Karakorum ośmiotysięcznik. W wyprawie bierze także udział siostra Adama, Agnieszka Bielecka pełniąca funkcję kierownika bazy, a także dwóch pakistańskich tragarzy wysokościowych, Ali Sadpara i Shaheen Baig. Ten drugi także wspierał wyprawę w ostatniej fazie na poziomie obozu II.

Z porannych wiadomości wynikało, że do szczytu od południowej strony zmierzają także członkowie działającej równocześnie na tym szczycie międzynarodowej wyprawy: Austriak Gerfried Goeschl, Szwajcar Cedric Hahlen oraz Pakistańczyk Nissar Sadpara. Jeśli stanęliby na wierzchołku jeszcze dzisiaj, prawo miana pierwszych zimowych zdobywców przynależne byłoby całej piątce. Od poranku nie ma jednak żadnych wieści od zespołu, który już wczoraj podjął atak szczytowy, ale musiał biwakować na wysokości 7700 m.

W wyprawie też biorą udział także polscy alpiniści Tamara Styś i Darek Załuski. Tamara dotarła do 7200 m, ale musiała zawrócić po biwaku na tej wysokości. Towarzyszy jej Bask Alex Txikon.

Adam Bielecki jest młodym 28-letnim alpinistą z Tychów, członkiem Klubu Wysokogórskiego Kraków, absolwentem psychologii UJ. Mimo młodego wieku wspina się w wysokich górach od 13 lat (!). Za najmłodsze, samotne wejście w stylu alpejskim na Chan Tengri, znany, liczący 7010 m najwyższy szczyt Kazachstanu w górach Tien-szan został wyróżniony w podróżniczym konkursie Kolosy 2000. W zeszłym roku wraz z Arturem Hajzerem w ramach jesiennej wyprawy unifikacyjnej programu PHZ 2010-2015 wszedł na piąty szczyt Ziemi, Makalu. Był to jego pierwszy ośmiotysięcznik.

Janusz Gołąb to bardzo doświadczony 43-letni wspinacz i alpinista, należący do KWGliwice, a na przełomie wieków jeden z członków tzw. „Dream teamu” (lub „Wunderteamu”) – zespołu trzech znakomitych wspinaczy, którzy dokonywali największych polskich sukcesów alpinistycznych w tamtym okresie. Należą do nich zimowe przejścia takich ścian, jak Ściana Trolli w Norwegii czy północne ściany Grandes Jorasses i Eigeru, a także wytyczenie nowej drogi na wielkiej ścianie Kedar Dome w Himalajach Gharwalu. Jest laureatem nagrody Kolosy. Gaszerbrum I jest pierwszym ośmiotysięcznikiem, który zdobył.

Swoim sukcesem już teraz obaj wspinacze wpisali się na karty historii alpinizmu, ale nadal oczekujemy wiadomości o ich bezpiecznym zejściu do bazy.  Gratulacje!

Smutny rok w górach

To już dziesięć lat. 30 grudnia 2001 r. doszło do jednej z największych tragedii w historii Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W lawinie pod Szpiglasową Przełęczą zginęło dwóch młodych ratowników, Marek „Maja” Łabunowicz i Bartek Olszański. Szli na akcję ratunkową wraz z grupą ratowników z naczelnikiem TOPR-u Janem Krzysztofem na czele. Wcześniej lawina przysypała pod przełęczą dwójkę turystów. Prawdopodobnie już nie żyli, gdy odkopało ich dwóch ratowników, którzy najwcześniej ze schroniska dotarli na miejsce wypadku. Zziębnięci, zmęczeni czekali na wsparcie. Warunki były trudne, niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu. Kolegów nie zostawia się w takiej sytuacji. Dlatego tamci zdecydowali iść dalej. Masy śniegu spadły na nich znienacka. Jak to bywa z lawinami. Zasypało wszystkich. Przy odrobinie szczęścia mogli wyjść z tego cało. Niektórzy odkopali się o własnych siłach. Ale tragedia mogła być jeszcze większa. Przysypanego nieco głębiej Maćka Cukra uratowała dopiero reanimacja. Niestety Markowi i Bartkowi nawet ona nie zdołała podtrzymać życia. Zginęli na służbie. Młodzi, Bartek miał 25, Marek 29 lat. Bartek był zdolnym, zapalonym taternikiem, Maja utalentowanym muzykiem.

Dzisiaj w 10. rocznicę tej tragedii uratowany wtedy Maciek zagrał na skrzypcach żałobne nuty kolegom, którym brakło tego szczęścia.

Myśl o tej tragedii sprzed 10 lat zamyka bardzo ciężki, dramatyczny rok dla całego środowiska. Smutny rok. Zły.

Tragiczną śmierć poniosło w nim trzech ratowników TOPR-u oraz pięciu przewodników tatrzańskich (dwóch ratowników było także przewodnikami).

10 sierpnia w słoweńskim kanionie utonęło dwóch młodych toprowców: Piotr Mędoń i Paweł „Dybel” Nadybal. Zginęli ratując życie kobiecie, uczestniczce prowadzonego przez nich wyjazdu kanioningowego, która w wyniku błędu wpadła do rwącego nurtu strumienia. Wcześniej jeszcze zimą 22 marca na grani Długiego Giewontu podczas górskiej wycieczki w wyniku poślizgnięcia zginął jeszcze młodszy ratownik Kuba Stawowy.
Choć poprzednia zima była raczej licha i nie obfitowała w śnieg, to właśnie tęsknota za nim podczas wycieczki skiturowej 13 marca odebrała życie trójce członków Akademickiego Koła Przewodników Tatrzańskich, Barbarze German oraz małżeństwu Annie i Bogdanowi Frydryszakom. Anna miała państwowe uprawnienia przewodnika tatrzańskiego. O tym wypadku Tomek Ponikło rozmawiał z ratownikiem Adamem Maraskiem w opublikowanym w miesięczniku „W drodze” wywiadzie.

6 lipca w cieszącym się niechlubną sławą Wielkim Kuluarze podczas zejścia drogą normalną z Mont Blanca zginął Wojciech Kozub. Nie tylko przewodnik tatrzański, ale przede wszystkim wybitny wspinacz, taternik, alpinista z doświadczeniem w najtrudniejszych ścianach od Alp po Himalaje. Zginął trafiony spadającym kamieniem na drodze, która była dla niego ledwie górskim spacerem. Tak jak wszystkie powyższe wypadki i ten zdarzył się w miejscu, gdzie śmierć była całkiem niespodziewana, gdzie doświadczenie ofiar powinno skutecznie ją odganiać. Kolejna przestroga: nie ma łatwych gór, nie ma gór bezpiecznych.

Wojtek osierocił jednomiesięczną córeczkę.

W dniu swoich 52. urodzin podczas wyjścia z klientem na nietrudny czterotysięcznik Grünhorn zginął w tym roku także jeden z najsłynniejszych himalaistów świata, Szwajcar Erhard Loretan, trzeci po Messnerze i Kukuczce zdobywca Korony Himalajów.

W październiku natomiast podczas próby wytyczenia nowej drogi w ścianie Annapurny wraz z dwoma rodakami zaginął najsłynniejszy himalaista południowokoreański Park Young-seok, pierwszy człowiek na świecie, który zdobył tak zwanego Wielkiego Szlema Przygody: Koronę Himalajów, Koronę Ziemi i oba bieguny.

To nie był dobry rok w górach. To nie był dobry rok w życiu. Stąd też pewne zaniedbanie bloga. Podczas tegorocznych Świąt symbolika pustego miejsca także u mnie dominowała nad radosnym nastrojem dobrej nowiny. Ale w 2012 rok trzeba wejść z nadzieją. Żeby nie brakło w nim tylko szczęścia, tak jak tym, którym zabrakło go w 2011 roku. W górach i w dolinach. Czego wszystkim życzę!

Wieczny rehab Amy Winehouse

Pisanie o Amy Winehouse powinno zaczynać się mottem z wiersza Artura Rimbauda „Głód”:

 Głody, paście się. Głody, w koło
        Po dźwięków łące!
Z powojów chłońcie wesoło
        Jady trujące.”

 

Myślę o niej od sobotniego wieczoru, od kiedy światowe serwisy obiegła wiadomość o jej śmierci. Nagłej, ale wcale nie niespodziewanej. Zapowiadanej wręcz od dłuższego czasu. Sam muszę przyznać, że nie byłem zaskoczony tą informacją. Już trzy tygodnie temu rozmawiałem ze swoim przyjacielem, że tak to pewnie się skończy. Pretekstem do tej rozmowy był świetny tekst Zbigniewa Hołdysa w tygodniku „Wprost”, który już pod koniec czerwca zauważał, że „Amy Winehouse wciąż żyje, ale wygląda, jakby się szykowała do wyprawy na tamten świat”. W istocie tak było. Końcowy wyrok był tylko kwestią czasu. Chociaż gdzieś ciągle tliła się nadzieja, że coś przerwie tą postępującą na oczach świata autodestrukcje, to staczanie się w przepaść bez dna, ten „Back To Black”, który z genialnej płyty stał się wyrazem codziennego i ostatecznego losu artystki, bowiem jej nawet najszczersze (choć kto wie, czy takie były) próby ogarnięcia się, powrotu na scenę, do studia i do świata żywotnych muzycznych geniuszy, kończyły się od pięciu lat ciągle tak samo – ponownym upadkiem do dołka, skąd coraz trudniej było się już wydostać.

 

Muzycznych geniuszy? Zaliczanie ją do nich nie jest wcale przesadą, ani też nie wynika ze zwyczaju, wedle którego o zmarłych należy mówić jak najlepiej. Powiedzieć o niej, że była oryginalną artystką, byłoby stwierdzeniem całkiem nieoryginalnym. W czasach, gdy każdy tak bardzo stara się być wyjątkowym, oryginalnym, niepowtarzalnym, że aż ginie w tłumie podobnych do siebie albo zaliczany zostaje wręcz do jakiejś subkultury ludzi skupionych na kreowaniu swojej oryginalności, która w gruncie rzeczy i tak może być poskładana co najwyżej z oryginalnie dobranych elementów wtórności, niewielu artystów potrafi przyciągać swoją absolutną niepowtarzalnością. W muzycznym przekroju ostatniej dekady Amy Winehouse była jedną z najbardziej wyjątkowych artystek, nawet abstrahując od faktu, że pierwsze dziesięciolecie XXI wieku było w tej dziedzinie sztuki najmniej ciekawym w przeciągu ostatniego półwiecza, nie przyniosło żadnej stylowej rewolucji i wykreowało najskromniejszą listę twórców, którzy pozostaną w pamięci dziejów. Amy Winehouse, jedna z najbarwniejszych, najbardziej utalentowanych artystek tej dekady, ma na niej miejsce zapewnione. Nawet pomimo naprawdę skromnego dorobku, który zdążyła po sobie pozostawić. Zapracowała na to nie tylko niesamowitym głosem, wyjątkowo mocnym, barwnym, rozpoznawalnym, ale utworami, które, jak przystało na prawdziwą artystkę, sama pisała w stylu, który brzmiał, jakby przeniesiony z lat 60-tych, dlatego ochrzczony został przez zachwyconych nią krytyków retropopem. Choć w rzeczywistości składał się z elementów soulu, rhythm and bluesa i uwielbianego przez artystkę jazzu. Z popem miał jak najmniej wspólnego, a sama Amy nigdy nie aspirowała do miana gwiazdy pop. Jej styl bycia, wizerunek, podejście do muzyki, wszystko było raczej przeciwieństwem tego, co prezentują gwiazdy pop, będące w każdym niemal detalu produktem wytwórni, menadżerów, innych muzyków i autorów lub też autokreacji. U Amy wymienione cechy wynikały raczej z jej natury, nie z własnej, a tym bardziej czyjejś kreacji. Były aktem szczerości, nie produktem marketingu. Dlatego ona sama była raczej postacią z epoki rock’n’rolla, w jego pozamuzycznym, kulturowym sensie, bo przecież nie grała nigdy muzyki Black Sabbath czy The Rolling Stones, a od Keitha Richardsa i Ozzy’ego Osbourne’a dzieliła ją przepaść pokoleniowa. W sensie swojego zachowania, stylu bycia, była jak synteza genialnych i upadłych muzyków z minionych czasów, piła równie dużo jak Billie Holiday przed niemal siedmioma dekadami i podobnie jak ona była aresztowana za posiadanie narkotyków, zażywała zresztą chyba wszystkie specyfiki, którymi odurzali się wielcy swoich muzycznych epok, bywała bardziej bezczelna i miała jeszcze mniej taktu niż twórcy punk rocka, cierpiała na depresję, jak Kurt Cobain i umarła w podobny sposób – i zapewne z podobnej alkoholowo-narkotykowej przyczyny – jak Janis Joplin ponad czterdzieści lat temu. Także mając 27 lat.

 

Już zaczęto ją zaliczać do tego elitarnego, mrocznego Klubu 27, do którego przyporządkowano wielkich muzyków trapionych przez podobne nałogowe i psychiczne demony, zmarłych nagle w wieku 27 lat. Pierwszym z nich był jeden z założycieli The Rolling Stones, Brian Jones. Na początku lat 70-tych odeszli w tym wieku najwięksi muzycy tamtych czasów, Janis Joplin, Jimi Hendrix i Jim Morrison, a w 1994 r. do klubu zaliczony został zmarły samobójczą śmiercią lider Nirvany, Kurt Cobain. Wszyscy oni byli wielkimi muzykami, z dużym już, mimo młodego wieku, dorobkiem i ogromnym wpływem na twórczość przyszłych pokoleń. Amy Winehouse być może dorównywała im talentem, ale już na pewno nie dorobkiem muzycznym, który po sobie pozostawiła. Składają się na niego zaledwie dwie płyty studyjne, debiutancka „Frank” z 2003 r. oraz genialna, nagrodzona pięcioma Nagrodami Grammy „Back To Black”. Tylko z tej drugiej pochodzą powszechnie znane utwory artystki, takie jak „Rehab”, „You Know I’m No Good” czy tytułowe „Back To Black”. Od jej wydania w 2006 r. artystka nagrała zaledwie kilka utworów, głównie coverowych, m.in. „Velerie” z repertuaru zespołu Zutons, czy nagrany także razem z producentem Markiem Ronsonem znany standard z lat 60. „It’s My Party”. Było jeszcze oficjalne koncertowe DVD „I Told You I Was Trouble. Live in London” wydane w 2007 r. I to już właściwie wszystko. Producenci, eksperci muzyczni nie zostawiają raczej wielkich nadziei, żeby w studiach nagraniowych pozostała ilość niepublikowanych nagrań wystarczająca do poskładania z nich trzeciej płyty artystki. Trudno ten skromny dorobek porównywać z dokonaniami kogokolwiek z owego Klubu 27. Dlatego bardziej podoba mi się inne brytyjskie określenie gwiazd zmarłych w tym feralnym młodym roku życia – „Forever 27” – na zawsze dwudziestosiedmioletni, jak wielu innych niezaliczanych do tego wąskiego klubu artystów, którzy żyli szybko, nie oszczędzali się i zmarli tak samo młodo: aktor James Dean, malarz i artysta graffiti Jean-Michel Basquiat, gitarzysta Manic Street Preachers, zaginiony w 1995 r. i uznany potem za zmarłego, Richey James Edwards oraz wielu innych. Rzeczywiście liczba muzyków i innych artystów, których łączył styl życia i wiek 27 lat, w którym zmarli lub zginęli często w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach jest zadziwiająca. Może wynika z przypadku, równie wielu przecież artystów, bardzo intensywnie korzystających z życia w młodym wieku i zmagających się z jego demonami dożyło słusznego wieku, a często nadal tworzy, jak choćby The Rolling Stones, Marianne Faithfull i niezliczona liczba innych. Byli też tacy, którzy w jeszcze młodszym wieku nie mogli uporać się, jak Ian Curtis, z ciężarem życia i swoim autodestrukcyjnym charakterem. Tak jak i wielu poetów romantycznych, by wymienić choćby Johna Keatsa czy Comte de Lautréamonta, także nie dożyło nawet 27 roku życia. Może nie ma więc żadnej magii w tej liczbie, może wynika ona z czystej statystyki, może w tym wieku właśnie człowiek osiąga szczyt nie tylko swoich twórczych możliwości, ale także pewnego nienasycenia, poszukiwania wrażeń, zachłanności na życie, która niewłaściwie nakierowana może obrócić się przeciwko temu życiu. A może działa jakiś psychologiczny fenomen, podświadoma chęć naśladowania schematu…?

 

Była postacią osobną. Niedopasowaną ani do dzisiejszych czasów, ani do ich realiów, oderwaną od reguł rządzących współczesnym showbiznesem. Urodzoną w żydowskiej rodzinie, identyfikującą się jako Żydówka, ale jednocześnie wielokulturową, wychodzącą nawet z ram swojej rasy. Zbyt białą dla czarnych, ale też zbyt czarną dla białych. Tak jak muzyka, którą tworzyła. I jak jej image zupełnie wyjątkowy, złożony, wydawać by się mogło z nieprzystających do siebie elementów. Z jednej strony oparty na pewnej zwiewnej elegancji stylu retro, jakby nawiązujący do estetyki amerykańskich lat 60. z ich filmową gwiazdą, Elizabeth Taylor, na której Winehouse świadomie i jawnie się wzorowała, wielkością koka przypominający dawne divy, a z drugiej nieco wulgarny, zwłaszcza w warstwie przybywających z czasem na jej ciele tatuaży, które przybliżały ją raczej do wyglądu portowej dziwki. Ale to właśnie zapewne dzięki temu niepowtarzalnemu zderzeniu cech stylu wysokiego i niskiego projektanci mody widzieli w niej wpływową ikonę mody. Krytycy zaś podziwiali inne zderzenie: przyjemnej dla ucha, choć niebanalnej muzyki (która ze znanych piosenkarek posiada talent do jej tworzenia, nie jedynie odtwarzania?), z pisanymi przez Amy niepokornymi tekstami, mówiącymi z pełną szczerością, czasem nawet dosyć wulgarną, o demonach, które ją trapiły, o depresji, odrzuceniu, miłości niemożliwej, która jest „przegraną grą”, uzależnieniach… Już na początku otwierającego płytę „Back To Black” „Rehab”, śpiewała „oni próbowali mnie wysłać na odwyk, ale powiedziałam ‘nie, nie, nie’”, a w „You Know I’m No Good” przyznawała, że z nią są tylko kłopoty.

 

Te sprowadzali na nią przeważnie mężczyźni, z którymi się wiązała lub romansowała. Miała słabość do absolutnych degeneratów, takich jak jej były mąż Blake (pomińmy nawet jego nazwisko) czy lider grupy Babyshambles Pete Doherty, którzy ją, i tak podatną na depresje, upadki, ciągnęli jeszcze głębiej w dół. Mówiło się, że dna sięgnęła w czerwcu na koncercie w Belgradzie, otwierającym europejską część trasy koncertowej, która miała pomóc stanąć jej z powrotem na nogi. Ten koncert jednak, określany w mediach i internecie jako „disaster-gig” – koncert-katastrofa – okazał się jednak spektakularnym zakończeniem tej trasy, jak i całego życiowego tournee artystki. Zastanawiającym jest w ogóle fakt, kto tak pijanej, naćpanej, prawie niekontaktującej, niepamiętającej słów swoich piosenek, przewracającej się na scenie piosenkarce pozwolił w ogóle się na niej pojawić. Do końca ktoś próbował na niej zarobić może przewidując, że to źródło dochodów wkrótce wygaśnie. A przecież wcześniejsze koncerty na trasie mogły dać sygnał, że wszystko zakończy się z wielkim, złowrogim hukiem. W brazylijskim Recife zaliczyła tylko jedną wywrotkę na scenie, ale już w Dubaju choć śpiewała, to robiła to, jakby od niechcenia, sobie a muzą, a zdegustowana publiczność najpierw ją wybuczała, a potem masowo opuszczała koncert. Nikt nie wyciągnął z tego wniosku. Od zawsze brakowało przy niej dobrych ludzi. Od dzieciństwa, kiedy zabrakło troskliwości skupionych wtedy bardziej na swoich romansach rodziców, a mała Amy rozpoczynała karierę od nieustającego tournee po londyńskich barach i klubach. Aż po ostatnie chwile koncertu w Belgradzie, gdy dzielni muzycy z jej zespołu grali i śpiewali zamiast plątającej się bezradnie po scenie wokalistki, wykonywany przez nią często standard muzyki ska – napisany przed laty przez songwriterskie małżeństwo Nickolas Ashford i Valerie Simpson „You’re Wondering Now”.

Refren tej uroczej piosenki brzmi, jakby napisała go sama Amy z myślą o chwili, która właśnie nadeszła:

“You’re wondering now, what to do, now you know this is the end

You’re wondering how, you will pay, for the way you did behave

Curtain has fallen, now you’re on your own

I won’t return, forever you will wait”

co można przetłumaczyć:

“Teraz się zastanawiasz, co począć, to już wiesz, że to jest koniec

Teraz się zastanawiasz, jak zapłacisz za to, jak się zachowywałaś

Kurtyna zapadła, jesteś zdany sam na siebie

Ja nie powrócę, czekał będziesz wiecznie”.

I to była ostatnia piosenka, którą Winehouse wykonała na scenie swojego życia. Cóż za piękne, okrutne i przewrotne zakończenie!

 

No właśnie. To już koniec, Amy Winehouse zapłaciła za swoje zachowanie, nie powróci już na scenę. Zdani jesteśmy na jej kilkadziesiąt piosenek oraz na wokalistki, takie jak Duffy czy Adele, które już od kilku dobrych lat udanie naśladują jej styl. Bo Amy Winehouse, mimo że nie stworzyła własnego nurtu w muzyce, zainspirowała całą rzeszę świetnych wokalistek i otworzyła furtkę dla pewnego rodzaju kobiecego śpiewania, w którym liczy się nie taneczny spektakl z muzyką w tle i wokalem z półplaypacku, ale autentyczny, mocny, chwytający za serce, wdzierający się do trzewi i mózgu, prawdziwy kawał babskiego głosu.

Jednakże połączenie takiego talentu, głosu, stylu i pogmatwanej, dziwnej, nietuzinkowej osobowości jak samej Amy, już chyba także nie powróci. Na jej trzecią autorską płytę czekać będziemy wiecznie.

Księstwo Open’er. Festiwalowe podsumowanie

W niedzielę w nocy, a właściwie w poniedziałek nad ranem zakończył się 10. Festiwal Open’er w Gdyni. Z lekkim opóźnieniem, jak czas powrotu pociągiem z Trójmiasta do Krakowa, porządkuję w głowie myśli, opinie, wrażenia po tym wydarzeniu.

Jubileuszowa edycja była pełna kontrastów, niespodziewanych zwrotów akcji, wahających się nastrojów od zawodu do zachwytu. Przypominała trochę tegoroczną kapryśną festiwalową pogodę, w której był i zacinający deszcz, i silny wiatr, i przenikliwy chłód, ale i słońce, ciepło, bezchmurne niebo. Występujące na gdyńskim lotnisku Kosakowo gwiazdy też grały w rytm pogodowych kaprysów, czasem znakomicie, zgodnie z prognozami z innych europejskich festiwali, czasem wytrzymując presję wiszących nad ich koncertami chmur napompowanych przez media oczekiwań, czasem serwując niespodziewaną ulewę, czasem zaś z kolei wysyłając publiczności trochę ciepła – by sparafrazować słowa piosenki otwierającego jeden z festiwalowych dni zespołu Sistars.

 

Nie znaczy to bynajmniej, że gwiazdy dostosowywały się do pogody, poddawały jej, grały w duchu narzuconego przez nią nastroju. Czasami na tegorocznym Open’erze było dokładnie odwrotnie. Choć to pogoda chciała rozdawać karty, dyktować swoje warunki, wpływać na ostateczną ocenę scenicznych widowisk, musiała jednak w końcu ulec prymatowi muzyki. Najlepszym bowiem dniem festiwalu bezapelacyjnie ogłosić można ten, który też bezsprzecznie był najgorszym pogodowo na tegorocznym Open’erze, a i być może w jego całej dziesięcioletniej historii (openerowy weteran poprawi mnie tu i przypomni deszczowe koncerty Beastie Boys i Groove Armady w 2007 r, a ja odpowiem, że wtedy było jednak chyba nieco cieplej). Deszcz siąpił przez cały piątek, by swoje apogeum osiągnąć podczas koncertów gwiazd wieczoru. Przy silnym wietrze dochodzącym w porywach do 60 km/h padał nawet na główną scenę festiwalu, która, wydawać by się mogło, swoim dachem nad głową dawała wykonawcom przewagę nad skazaną na kaprysy gołego nieba publicznością. Już supportująca piątkowego headlinera Monika Brodka nie poddała się jednak upiornej aurze. Choć po mniej więcej 40 minutach koncertu, który potwierdzał zarówno talent wokalny młodej piosenkarki, jak i świetne recenzje jej ostatniego albumu „Granda”, musiała przerwać koncert, bowiem deszcz zalał niemal wszystkie instrumenty członków towarzyszącego jej zespołu. Brodka powróciła na scenę z jeszcze jednym półakustycznie wykonanym utworem, a gdy wysiadł nawet prąd, przeprosiła publiczność i zaśpiewała utwór Cindy Lauper „Girls Just Want To Have Fun”. A capella!

 

To był tylko przedsmak największych openerowych emocji, jakie tego wieczoru na głównej scenie zapewnili widzom Pulp i Foals. Dodatkowym smaczkiem ich koncertów miało być to, że zespoły te po raz pierwszy występowały w naszym kraju, podobnie, jak headlinerzy trzech pozostałych dni festiwalu: Coldplay, Prince i The Strokes oraz M.I.A., Primus i wielu innych openerowych wykonawców.

Koncert Pulp był jednym z najbardziej oczekiwanych na tym festiwalu ze względu na niedawną reaktywację tej szczególnie popularnej w latach 90. formacji. Charyzmatyczny wokalista Jarvis Cocker i jego zespół stworzyli niezapomniane widowisko, podobnie jak na otwierającej wiosenno-letni sezon festiwalowy barcelońskiej Primaverze, gdzie ich występ zgodnie okrzyknięto najlepszym na festiwalu. „To będzie koncert, który na pewno zapamiętamy. Nigdy nie byliśmy tak mokrzy” – podkreślał podczas gdyńskiego koncertu Cocker przecierając zaparowane okulary. Czarował publiczność przez cały koncert swoją sceniczną osobowością, energią, która nie wyparowała z niego mimo pięćdziesiątki na karku i ponad 30 lat na scenie oraz nadal świetnym głosem. Próbował zagadać deszcz zabawnymi kwestiami, słownymi grami, jak w pytaniu „Gdansk, do you want to gdance?” (Gdańsk, czy chcesz gdańczyć?) Pulp porwał publiczność od samego początku, od dźwięków „Do You Remember The First Time?”, przez znane „Disco 2000” czy „Babies” i dedykowany publiczności („Jesteście hardkorowi!”) „This Is Hardcore”, doprowadzając ją do kulminacyjnego szaleństwa w finalnym „Common People”, największym swoim przeboju. Udowodnił, że mimo lat nieobecności na scenie, jest jedną z najważniejszych postbeatlesowskich grup świata, choć jej lider, ekspresyjnym zachowaniem na scenie połączonym z gibkością ciała przypomina raczej Micka Jaggera sprzed kilkunastu lat niż Johna Lennona.

Publiczność oprócz mokrych włosów Cockera na długo zapamięta też obraz Candidy Doyle opatulonej od stóp do głów, jak ukraińska babinka, stojącej za okrytym folią keyboardem. Podobnie jak cały koncert Foals. Zespół, który nie potrafił mnie wcześniej poruszyć swoimi studyjnymi nagraniami, na żywo dowodził, że jak najbardziej zasłużył na występ na głównej scenie festiwalu. Wykonywane na żywo utwory brzmiały, jak ich zupełnie nowe, rozbudowane i wzbogacone o rockowy pazur wersje, a wokalista i gitarzysta Yannis Philippakis ryzykował porażenie prądem wychodząc z gitarą elektryczną w korytarz pomiędzy stojących w deszczu fanów. Po czym grał i śpiewał tak, jakby od powodzenia tego koncertu zależał los pogrążonej w kryzysie ojczystej Grecji, z której jako dziecko, 20 lat temu emigrował do Oxfordu.

 

Przy tych koncertach bladły inne występy z głównej sceny, zwłaszcza te czwartkowe i niedzielne, choć aura nie stawiała grającym wtedy muzykom tak wysokiej poprzeczki. The National nie tylko sprawiali wrażenie ospałych, ale ich wokalista sam się do tego na scenie przyznał i to w momencie, gdy po 20 minutach koncertu ja już zaczynałem ziewać. Może lepiej melancholijna, smutna muzyka tego zespołu zaistniałaby w scenie namiotowej, w przestrzeni choć trochę zamkniętej. Kto bowiem uważał ten koncert za pasjonujący, musi chyba pracować w korporacji. Albo cierpieć na brak  wrażeń z innego powodu.

W znacznie lepszej formie koncertowej przyjechał do Polski Coldplay, chociaż może w nie najlepszym momencie, bo przed wydaniem nowego albumu, z którego kilka nieznanych jeszcze zupełnie utworów znalazło się na openerowej setliście. Muzycy Coldplay grają na koncertach, tak jak wyglądają, grzecznie, czysto, przyjemnie. I właśnie może zbyt grzecznie, za czysto, za bardzo przyjemnie, tak, że nawet w chłodny wieczór robi się człowiekowi jeszcze chłodniej. Ale cóż, widocznie nazwa (po angielsku zbitka wyrazów „zimna” i „gra”) zobowiązuje. Ale to, że nie grają na tegorocznym festiwalowym tournee „Talk” i „Speed of Sound”, można już mieć im trochę za złe.

W niedzielnym koncercie The Strokes z kolei gitarowego brudu, szaleństwa nie brakowało, w przeciwieństwie do zgrania i dobrego kontaktu z publicznością. Za dużo w tym było wymuszonego gwiazdorstwa, kryjącego się za fasadą ciemnych okularów wokalisty Juliana Casablancasa. Gdy ten stracił je podczas wycieczki w tłum pod koniec koncertu, zespół zszedł ze sceny nawet bez pożegnania.

 

Prawdziwie książęcą lekcję czarowania publiczności mógłby za to dać swoim młodszym kolegom z głównej sceny Open’era sam Prince.

Ale zanim pojawił się na głównej scenie w sobotę, wystąpił na niej mocno progresywny, hardrockowy Primus, znany przede wszystkim z lat 90. z wyeksponowanej w swojej muzyce linii basu. Lider zespołu, Les Claypool, choć nie wygląda już, jak młody mechanik z warsztatu na pustyni Mojave – w kamizelce, marynarce, kapeluszu, z brodą i w okularach przypomina raczej medyka i rewolwerowca, który urwał się z planu jakiegoś westernu  – nadal czaruje świeżością gry na gitarze basowej i elektrycznym kontrabasie. Primus, choć muzycznie w znakomitej formie, pozostawił lekki niedosyt stawiając raczej na rozbudowane instrumentalne jamy mniej znanych utworów niż na prezentację tych najlepiej kojarzonych (choć zespół nie miał nigdy wielkich przebojów!). Nie zabrakło tylko „Jerry Was A Race Car Driver” i „My Name Is Mud”. Claypool sam był nieco zaskoczony – choć bynajmniej nie speszony! – faktem supportowania ze swoim zespołem Prince’a.

Koncert tego był najbardziej oczekiwanym widowiskiem 10. Open’era. Zgromadził też z pewnością największą publikę, która mogła cieszyć się możliwością podziwiania po raz pierwszy w tej części Europy Księcia muzyki. Książe, odziany w złoty migoczący tysiącami cekinów nawet po zgaszeniu światła (do czego sam kilkakrotnie namawiał oświetleniowców) garnitur wraz ze swoim znakomitym muzycznym dworem, który tworzyły przede wszystkim panny nadobne, wspierające go anielskimi głosami, przyjmował ponad 60 tys. zgromadzonych na audiencji poddanych z iście książęcymi manierami. Wizytując po raz pierwszy nowe ziemie w swoim globalnym księstwie wyznawał poddanym, że ich kocha, po czym pytał – jakby tylko dla podłechtania swego książęcego ego – „Czy wy też mnie kochacie?” „Pozwólcie mi zająć trochę czasu, uwielbiam ten utwór” – mówił wygrywając na gitarze pierwsze akordy „Purple Rain”, a książęca machineria wystrzeliwała w zgromadzonych purpurowy dym i złote konfetti. Książe grał największe przeboje, takie jak „Kiss” czy „Nothing Compares 2 U” i tak przez ponad dwie godziny, bo gdy już żegnał się i schodził ze sceny, zebrani błagali o jeszcze jeden bis. A on, jak mądry, dobry władca spełniał zachcianki ludu i aż czterokrotnie wracał na scenę, także po to, żeby samemu oddać hołd innemu muzycznemu władcy ze swojej epoki, grając „Don’t Stop ‘Til You Get Enough” Michaela Jacksona.

Po zakończeniu koncertu niemogącego się rozstać z publicznością Prince’a, dyrektor Open’era podziękował widzom za dziesięć ostatnich lat kilkunastominutowym pokazem sztucznych ogni do towarzyszącego mu specjalnie zmontowanego teledysku ze zdjęciami i muzyką najważniejszych gwiazd występujących w ciągu dekady na festiwalu.

 

Najdziwniejszy koncert festiwalu dała na głównej scenie w niedzielę M.I.A. Właściwie pisząc to, sam nie wiem, czy słowo „koncert”  jest w tym przypadku właściwe, bo był to ni to koncert, ni performance, ni pokaz video-artu, ni manifestacja polityczna, ni dyskoteka, choć jednocześnie do opisu tego widowiska pasują wszystkie te słowa na raz.

Ta nietuzinkowa artystka, tamilska tygrysica muzyki, choć – jak sama krzyczała ze sceny –wywodząca się z Londynu, wraz z towarzyszącym jej mocno sfeminizowanym zespołem przewróciła do góry nogami wszelkie koncertowe zasady i konwenanse. Niczym totalna antygwiazda pozostając przez cały czas trwania widowiska w ostentacyjnym półcieniu, nie będąc filmowana przez kamery zrzucające obraz na telebimy, ale jednocześnie zapraszając na scenę, ku przerażeniu organizatorów, cały tłum fotoreporterów, a następnie wciągając na nią kilkudziesięciu fanów skaczących w rytm szaleńczego bitu do protest-songu „Born Free”.

Dużo bardziej konwencjonalny był koncert młodziutkiej Brytyjki, Kate Nash, na scenie namiotowej. Choć i ona pojawiła się z całkowicie sfeminizowanym zespołem, a jej utwory na scenie przeszły także dosyć radykalny lifting. Młodziutka piosenkarka i songwriterka ujawniła na Open’erze wielką charyzmę, oderwała od swojego nazwiska etykietkę kolejnej gwiazdki pop, bo jej koncert aż kipiał od punkowej energii i wyładowywanej na instrumentach dziewczęcej agresji.

Na tej samej scenie najlepszy koncert czwartkowego wieczoru zagrał Caribou. Kryjący się pod tym przydomkiem kanadyjski muzyk Daniel Victor Snaith grając w środku nocy pokazał, że można grać muzykę jednocześnie chilloutowo i zadziornie. Z uderzeniem. Dając trochę wytchnienia, ale jednocześnie nie pozwalając usnąć.

 

Wszyscy, którzy wybrali tego dnia scenę World, jednogłośnie stwierdzali z kolei, że najlepszy koncert czwartkowego wieczoru dał nowozelandzki Fat Freddy’s Drop. Na tej scenie odbyło się zresztą jeszcze kilka znakomitych, często słabo albo zupełnie nie zauważanych w mediach koncertów. Do takich z pewnością należały znowu te w piątkowym deszczu. Genialny popis muzycznej wirtuozerii, ale i fantazji łączącej w zupełnie swobodny, niewymuszony sposób muzykę klezmerską, funk, rap, a nawet lekką nutkę jazzu i bluesa, dał Abraham Inc.. Zespół genialnego klarnecisty Davida Krakauera w Gdyni rozgrzewał się też przed sobotnim występem na Szerokiej w Krakowie, na finale Festiwalu Kultury Żydowskiej.
Sporą dawkę magii przywiózł do Trójmiasta jeden z najwybitniejszych głosów Afryki, Youssou N’Dour, który przez niemal dwie godziny w towarzystwie przywiezionych z rodzinnego Senegalu muzyków i tancerzy ogrzewał mokrą i zziębniętą publikę gorącymi afrykańskimi rytmami.

 

***

 

Tu oczywiście powinien zamieścić wielokropek, bo wszystkich muzycznych i pozamuzycznych wydarzeń Open’era nie sposób opisać nawet w obszernym podsumowaniu. Można narzekać, że organizatorzy festiwalu z okazji 10. jego edycji mogli postarać się o większą ilość jeszcze bardziej różnorodnych gwiazd, które wpisywałyby się na pewno w muzyczne ramy imprezy, a grały w tym czasie na innych muzycznych festiwalach w Europie. Myślę chociażby o PJ Harvey, Queens of the Stone Age, Foo Fighters, Radiohead czy mającej już kiedyś wystąpić na Open’erze grupie Beirut. Albo o artystach, takich jak Portishead, Morrissey, Primal Scream, dEUS, którzy zagrali lub zagrają także w Polsce w innych miejscach i terminach.

Choć mimo wszystko nie narzekam. Ta edycja była nieco spokojniejsza. Był czas, żeby skupić się na kilku ważnych dla siebie koncertach, nie było tego nerwowego biegania od sceny do sceny, które w złotych latach festiwalu, czyli gdzieś pomiędzy 2006 a 2009, kiedy każdy wykonawca był tym najbardziej oczekiwanym, przyprawiało o gorączkę.

Poza tym był to zdecydowanie najlepiej zorganizowany z dotychczasowych festiwali, a być może jedna z w ogóle najlepiej przygotowanych imprez muzycznych w dosyć krótkiej historii tego rynku w Polsce. Organizująca festiwal agencja Alter Art, co w naszym kraju zdarza się nie tak często, wyciągnęła właściwe wnioski z wszystkich potknięć z ubiegłych lat. Tym razem na festiwalu także pozamuzycznie wszystko grało. Nie było prawie nigdzie będących zmorą festiwalowiczów kolejek, tłok panował tylko pod scenami, nie brakło nigdzie opasek ani programów festiwalowych, ilość toalet, punktów gastronomicznych, festiwalowych autobusów była wystarczająca. I tylko pogoda „bardziej niż brytyjska”, jak określił ją wokalista Foals, nie dopisała w tym roku, choć o to już trudno winić Mikołaja Ziółkowskiego i spółkę.

Wielkie wydarzenia i małe zamachy

Osama bin Laden nie żyje. Ta wiadomość obiegła dziś z samego rana cały świat. Zrozumiałe. Trwało to 10 lat, kosztowało dwie wojny, setki miliardów dolarów i prawie milion ofiar. Rodzi się raczej pytanie czy zabicie jednego człowieka musiało kosztować aż tyle. Tym bardziej, że miało wymiar raczej ambicjonalny dla Stanów Zjednoczonych, bo przecież problemu terroryzmu nie rozwiązało ani też znacząco nie zwiększyło bezpieczeństwa na świecie, wbrew temu co jęli już dzisiaj ogłaszać światowi przywódcy. Bin Ladena należało na pewno zlikwidować po cichu z wykorzystaniem sił wywiadowczych i oddziałów specjalnych – czyli tak jak tego dokonano teraz – ale nie kosztem ciągnącej się w nieskończoność wojny z terroryzmem. Należało to zrobić jeszcze w latach 90., kiedy światowy terrorysta nr 1 był rzeczywiście niebezpiecznym człowiekiem, a nie ukrywającym się po różnych norach królikiem, na którego polował cały świat i który tym samym możliwości działania miał równie ograniczone, co zdemaskowany agent. Należało to więc zrobić wtedy, kiedy on i jego ludzie dawali sygnały tego, czego później mieli dokonać:  nieudanym zamachem na WTC w 1993 r., zabiciem 19 amerykańskich żołnierzy w Arabii Saudyjskiej, a przede wszystkim krwawymi zamachami na ambasady Stanów Zjednoczonych w Nairobi i Dar es Salaam. Teraz jest to także zwycięstwo, ale bardzo spóźnione i kosztowne zwycięstwo.

Dlatego można się dzisiaj cieszyć, bo nie ma wątpliwości, że zlikwidowano bardzo niebezpiecznego człowieka, człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielu niewinnych ludzi. Ale też nie ma co popadać w euforię. Terroryzm ma się dobrze i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to po zlikwidowaniu (nie „zabiciu”, bo słowo „zabicie” implikuje jednak moralnie naganną postawę) bin Ladena zmienić. Wieloletnia nieuchwytność Bin Ladena dawała sygnał setkom pomniejszych terrorystów, że taka droga może się opłacać. Przez te lata nam, ludziom potencjalnie narażonym na akty terroru, zamachy nawet nieco spowszedniały. Przestały budzić taką grozę, jak po 11 września, po zamachach w Madrycie i Londynie. Przestały nawet być czołowym tematem medialnych serwisów. Dzisiaj kilkanaście ofiar bomby-pułapki lub zamachowca-samobójcy czasem już nie wystarcza nawet, by informacja o tym przebiła się do głównego informacyjnego serwisu. By przedarła się do naszej świadomości, zaistniała na dłużej niż tylko kilkusekundowe mignięcie na pasku informacyjnym.

Pokazuje to najlepiej sytuacja z czwartku. W zamachu bombowym na kawiarnię Argana w Marrakeszu zginęło 15 osób w tym 11 obcokrajowców. Świadkowie mówili, że mężczyzna podszedł do baru zamówić sok, wypił go, następnie wysadził się w powietrze. O zamachu media informowały bardzo zdawkowo. Informacje o nim podały portale internetowe, ale dogrzebać się do nich nie było łatwo, bo szybko przykryły je inne informacje, dopiero zapowiadające planowane na ten weekend eventy. Telewizje informacyjne już na kilka dni przed ślubem księcia Williama i Kate Middleton prześcigały się w zapowiadaniu tego wydarzenia, które ma przecież znikomy wpływ na politykę światową czy losy przeciętnych obywateli, należy raczej do świata plotki i rozrywki, niż zasługuje na poważne analizy i dyskusje w mediach informacyjnych i programach publicystycznych. Dostawaliśmy więc całą serię spekulacji na temat tego, w jakiej sukni wystąpi na ślubie panna młoda czy też kto się na nim pojawi lub też nie pojawi, jakby niewystarczającym miejscem na takie bzdury nie były różne plotki, pudelki, deserki, fakty i superaki, a trzeba było do tego angażować poważnych reporterów, którzy marnowali swój czas na wizji plotąc frazesy o tym nieistotnym blichtrze, zamiast mówić o wydarzeniach poważnych i przede wszystkim realnych, nie zaś wykreowanych na pożywkę ciemnego ludu, który to wszystko kupi, parafrazując klasyka politycznego (i medialnego!) piaru. Podobnie sprawa się miała z beatyfikacją, która sama w sobie przynajmniej na naszym polskim poletku była ważnym wydarzeniem i nawet jeżeli są ludzie, którzy jej takiej roli odmówią, to nie można podważać jej znaczenia dla pozostałych rzesz Polaków. Ale na litość boską, czy musieliśmy już na kilka dni przed nią wypełniać serwisy informacyjne, strony gazet nie mającymi żadnego znaczenia spekulacjami – bo też przecież jeszcze nie informacjami – czy w Rzymie jest już 40 czy może 50 tys. rodaków, gdzie będzie oglądał beatyfikację premier, koło kogo usiądzie prezydent, czym pojadą posłowie z opozycyjnej partii i dlaczego pociągiem oraz czy jej prezes będzie im towarzyszył czy też zostanie przy chorej (znowu news dla plotkarskich portali) matce. Mam wrażenie, że błogosławiony już papież Jan Paweł II miałby nam dziennikarzom to za złe, że zajmowaliśmy się niepotrzebnymi sprawami zapowiadającymi honorującego jego postać uroczystość, zamiast poświęcić ten czas, miejsce na łamach i na wizji sytuacji zwykłych ludzi i ich cierpieniu. Kolejnym ofiarom brutalnego tłumienia zamieszek w Syrii. Statkom z pomocą humanitarną ostrzelanym w porcie w Misracie. I zupełnie praktycznie niezauważonym ofiarom zamachu w Marrakeszu. Wśród nich przecież głównie przyjemnie spędzającym czas turystom. Tak jak kiedyś ci w klubie na wyspie Bali albo w równie przyjemnej, co Argana, starej kolonialnej kawiarni Leopold w Bombaju, w której podawali pyszne mangowe lassi i kawę.

To nie są naprawdę rzeczy, które nas nie dotyczą. Po informacji o zamachu w Marrakeszu, która dotarła do mnie z półdniowym opóźnieniem, mimo że nie unikam telewizora, a wieści w internecie sprawdzam nałogowo, po kilkanaście razy dziennie, dzwoniłem do znajomych, z którymi miałem okazję cztery lata temu spędzać czas w Maroku, także w Marrakeszu i położonej w samym jego centrum na placu Dżama el-Fna kawiarni Argana. Nikt o zamachu nie słyszał poza jednym kolegą. – Człowieku, byłem 100 metrów od tego, jak to wybuchło. Cała knajpa jakby podskoczyła w powietrze – mówił rozgorączkowany jeszcze Szymon, który pilotował właśnie wycieczkę po Maroku. – Na 5 minut przed wybuchem jeden z moich klientów był pod kawiarnią i kupował tam sok.

Szczęśliwie żaden Polak w zamachu nie ucierpiał, ale czy nie wystarcza to, że Maroko jest jednym z bardziej popularnych obecnie pozaeuropejskich celów podróży naszych rodaków, aby o fakcie rzetelnie poinformować. Czy naprawdę medialna terra incognita poszerzać musi swój obszar dziennikarskiej ignorancji na coraz większe terytorium świata obejmując regiony wcale, jak się okazuje, nam nieodległe (Tak, nieodległe, także dlatego, że do Marrakeszu latają tanie linie lotnicze i opłaca się tam nawet wyskoczyć na długi weekend, co naprawdę wiele osób czyni)? Czy śmierć 15 ludzi to już za mało, by opinia publiczna mogła się o tym dowiedzieć, zamiast o sukniach, kapeluszach, relikwiach, pielgrzymujących posłach, nie mówiąc już o wyimaginowanym helu w mankietach ofiar katastrofy smoleńskiej?

Informacje o zlikwidowaniu  bin Ladena są oczywiście najistotniejsze w dniu dzisiejszym, ale wolałbym żeby jego odrażająca sylwetka i rozpamiętywanie tego podłego żywota nie przymknęło nam oczu na resztę świata, nie pozwoliło na kolejny tydzień albo do czasu aż coś przyćmi dzisiejszą medialną bombę zignorować wydarzeń pomniejszych, nawet z tej samej dziedziny, którą parał się najbardziej rozpoznawalny terrorysta świata.

 

 

Marrakesz, plac Dżama el-Fna, 28 kwietnia, fot. Szymon Ciapała

 

  

Marrakesz, po zamachu na kawiarnię Argana, fot. Szymon Ciapała

Kataloński dublet w Zakopanem

Bez najazdu kibiców i szturmu dziennikarzy, we mgle, na zmienionej z powodu panujących warunków trasie odbyła się w sobotę w Tatrach jedna z najbardziej prestiżowych imprez sportowych, które w ostatnich latach zorganizowało miasto Zakopane – finał Pucharu Świata w skialpinizmie.

Po raz pierwszy w historii tej dyscypliny najważniejszy cykl zawodów zakończył się poza Alpami. Taką rangę miał w tym roku XIV Memoriał Piotra Malinowskiego, zawody, które tradycyjnie od lat kończą także Puchar Polski i cały sezon w dyscyplinie znanej w Polsce także pod alternatywną nazwą narciarstwo wysokogórskie. Ich patronem jest zmarły w 1995 r. Piotr Malinowski, były naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, prekursor nowoczesnego skialpinizmu pod Tatrami..

Narciarstwo wysokogórskie to połączenie biegu narciarskiego, zjazdów i elementów wspinaczki. Z tymże bieg odbywa się tu wyłącznie pod górę na przypominających nieco narty zjazdowe, ale kilkakrotnie od nich lżejszych nartach turowych zaopatrzonych w wiązania z ruchomą piętką i foki – moherowy lub syntetyczny pasek przyklejany do ślizgów celem umożliwienia podbiegów i zdzierany jednym ruchem z nart przed zjazdem, a ten ma miejsce zazwyczaj w terenie znacznie trudniejszym od tras, na których ściga się narciarz alpejski. Prowadzi często stromymi żlebami, nieprzygotowanymi stokami. Nie inaczej jest na tradycyjnej trasie Malinowskiego, która przebiega przez pięć przełęczy w Tatrach: Liliowe, Świnicką, Karb, Zawrat do Pięciu Stawów i Kozią z powrotem na Halę Gąsienicową. Niestety w przeprowadzeniu finału Pucharu Świata na takiej trasie przeszkodziła w tym roku kapryśna tatrzańska zima. Najpierw zawody były zagrożone z powodu małej ilości śniegu w górach i oblodzenia żlebów, następnie do wzmożonych wysiłków organizatorów zmusił zeszłotygodniowy opad śniegu, najintensywniejszy w ciągu całej zimy w Tatrach. Skialpinizm jest dyscypliną, w której ogromna odpowiedzialność za bezpieczeństwo startujących zawodników spada na organizatorów. – Musi się ktoś na tym znać, bardzo roztropnie wyznaczać trasę, dostosowywać ją do pogody, warunków, przewidywać też zmiany temperatury – tłumaczy najlepszy polski narciarz wysokogórski, Andrzej Bargiel. Kwestie bezpieczeństwa są szczególnie podkreślane od wypadku podczas Igrzysk Olimpijskich w Turynie, gdzie skialpinizm przymierzany od kilku lat do roli dyscypliny olimpijskiej debiutował jako konkurencja pokazowa. Wywołana przez filmujący zawody helikopter lawina porwała tam 15 zawodników, m.in. Bargiela. Na szczęście skończyło się na strachu i lekkich obrażeniach.

Ze względu na ogłoszony wysoki trzeci stopień zagrożenia lawinowego zdecydowano się także zmienić trasę tegorocznego „Malinowskiego”. Jedyną bezpiecznym wariantem było wyznakowanie trasy zawodów w otoczeniu tras narciarskich na Kasprowym Wierchu. Z Kalatówek prawie dwustu zawodników ruszyło ze startu wspólnego przez Halę Goryczkową na szczyt Kasprowego Wierchu, na którym było przepinka do zjazdu do Kotła Gąsienicowego. Najlepsi zawodnicy mimo panującej mgły zjeżdżali na krechę wprost do Kotła, co wymaga pewnej odwagi na ciężkich nartach zjazdowych, a w lekkich jak listewki nartach i nie przypominających wielkich butów narciarskich karbonowych butkach o wadze 700 gramów wydaję się być czystym szaleństwem. Tak jak i czas, w którym czołówka Pucharu Świata pokonała trasę złożoną jeszcze z podbiegu na Kasprowy Wierch, zjazdu tym razem do dołu Kotła Goryczkowego i jeszcze jednego podbiegu na królewską górę polskich narciarzy oraz długiego zjazdu na Halę Gąsienicową aż pod Schronisko Murowaniec, gdzie wyznaczono metę zawodów. Pierwszą trójkę mężczyzn na mecie dzieliły sekundy doliczone do czasu 1 godziny i 5 minut. Wygrał trochę niespodziewanie Włoch Damiano Lenzi, jedenasty zawodnik całego cyklu Pucharu Świata w tym sezonie, pokonując dwóch Francuzów Wiliama Bon Mardiona i Didiera Blanca, których na mecie dzieliły setne sekundy. Faworyzowany Włoch Matteo Eydallin, zwycięzca Memoriału Malinowskiego sprzed roku i do soboty lider Pucharu Świata, który bardzo ostro ruszył na pierwszym podbiegu, wycofał się na trasie z zawodów z powodów zdrowotnych. Kosztowało go to spadek na 4. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, który zdobył ostatecznie piąty w Zakopanem znakomity hiszpański skialpinista, 24-letni Kilian Jornet Burgada, wyprzedzając w punktacji Bon Mardiona i Szwajcara Martina Anthamattena. Warunki w czołówce światowego skialpinizmu dyktują od kilku lat cztery nacje: Włosi, Francuzi i Szwajcarzy oraz właśnie Hiszpanie, a właściwie Katalończycy, bo to właśnie w katalońskich Pirenejach wychowano takie talenty, jak Jornet i genialna Mireia Miró Varela. 23-latka królowała niepodzielnie w tegorocznym Pucharze Świata, co udowodniła też zwyciężając w Zakopanem z czasem zaledwie o 8 minut gorszym od najlepszych w rywalizacji męskiej. O tym, jak długo można pozostawać w tym sporcie w światowej formie, świadczy drugie miejsce podium, które zajęła 20 lat starsza od Miró matka trójki dzieci, Szwajcarka Nathalie Etzensperger. Trzecia była Francuzka Leatitia Roux. Te dwie zawodniczki zamieniły się tylko miejscem na podium także w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Najlepsza z Polek, Klaudia Tasz, zajęła 11. miejsce. Wśród mężczyzn 17. był pauzujący z powodu choroby przez większą część sezonu Andrzej Bargiel. Puchary Polski zdobyli Tasz oraz Jacek Żebracki. Ceremonia wręczenia najważniejszych trofeów w krajowym i światowym skialpinizmie odbyła się w sobotni wieczór w zakopiańskim Hotelu Hyrny.

Mimo kłopotów z tatrzańską aurą i pozbawionej praktycznie elementów technicznych zastępczej trasy zawodów Międzynarodowa Federacja Narciarstwa Wysokogórskiego ISMF pochwaliła organizatorów. – Już nam zaproponowali Mistrzostwa Świata – mówi kierownik trasy na tegorocznym „Malinowskim” Grzegorz Bargiel. – To niszowa dyscyplina, ale w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat bardzo dynamicznie się u nas rozwija, może nie w sensie sportowym, ale przede wszystkim amatorskim. Ludzie oszaleli na punkcie chodzenia na nartach po górach – dodaje.

Marzec końców wielkich karier

Skończył się wreszcie marzec. A był to marzec końców wielkich karier. Oczywiście medialnie zdominował wszystko koniec jednej kariery. W sobotę 26 marca ostatni skok oddał Adam Małysz. Media rzuciły się na temat, napisały i powiedziały wszystko o jego życiu i sukcesach już prawie miesiąc wcześniej, gdy tylko ogłosił swój zamiar. Nutka patosu, sentymentów i wzruszenia były tu oczywiście jak najbardziej na miejscu. Sam temu uległem pisząc swój tekst o Małyszu, który pierwotnie miał nosić tytuł „Dekada dekarza”, bo minione 10 lat, to była jego epoka i nie będzie przesadą stwierdzenie, że z polskiej perspektywy był najważniejszą postacią tej przedłużonej o 3 miesiące pierwszej dekady XXI wieku. Ale inne media poszły oczywiście dużo dalej w ubieraniu w słowa swojej nowiny o końcu kariery Mistrza. Tak daleko, że sam Małysz musiał je strofować. Nie mówcie o „pożegnaniu” – apelował – bo to brzmi tak, jak bym umarł. A gazety mimo wszystko ciągnęły ten ton aż do absurdu mówiąc, że „tak go zapamiętamy” albo że „jego skoki na zawsze pozostaną w naszej pamięci”, wydając nawet 32-stronnicowe – co z tego, że jak w przypadku dziennika „Polska”, wypełnione od deski do deski banałami – wkładki okolicznościowe podsumowujące jego karierę.
Fakt, był z nami przez wiele lat, zajmował nam czas w nudne zimowe sobotnie popołudnia, był gościem na niedzielnych obiadach, ale coś się kończy, coś się zaczyna. Dobrze, że z końcem kariery Małysza, zaczyna się być może – a przynajmniej na taki początek rokuje – czas triumfów Kamila Stocha. Owszem, nie będzie już tym samym, kim był Małysz. Nawet, gdy będzie wygrywał, nie sądzę, żeby społeczny entuzjazm, euforia, szaleństwo wokół jego osoby dorównały choćby temu, co działo się wokół Adama Małysza. Przy nim wypływał na wierzch cały nasz polski kompleks, a on go nas z niego jednocześnie leczył. Bo wygrywał z gigantami nart, z przedstwicielami krajów-kolebek narciarstwa, zarówno alpejskich, jak i skandynawskich. Pokonywał Niemców, Austriaków, Norwegów i Finów. Udowodniał, że nawet w tak hermetycznej dyscyplinie, jak skoki narciarskie królewski tron nie jest przypisany do ludzi urodzonych w Alpach czy na Północy Europy. Ale też leczył nas z głębszych kompleksów niż tylko z tych związanych z brakiem sukcesów w sportach zimowych. Pozwalał uwierzyć, że polski sukces jako taki na arenie międzynarodowej, którego nam po 1989 r. tak brakowało, jest nie tylko możliwy, ale osiągalny nawet dla prostego chłopaka z małego miasteczka, bez zaplecza finansowego, znajomości w odpowiednich sferach, a nawet bez wykształcenia, posiadającego jedynie talent i ogromną chęć do pracy. Oprócz tego na pewno dla wielu z nas, fascynacja jego sukcesami, była jakimś antidotum na nie tylko te narodowe, ale swoje własne, osobiste kompleksy. Ja sam oglądałem jego wyczyny trochę z pozycji niespełnionego sportowca, który jak wielu niespełnionych sportowców marzył potem o zostaniu dziennikarzem sportowym. Przy Małyszu kilka razy mogłem wczuć się w tę rolę, będąc już dziennikarzem raczej niesportowym.
W moim życiu był jednym z dwóch najważniejszych Adamów. Tym drugim czy raczej pierwszym, był od zawsze, od kiedy tylko zacząłem współpracować z Tygodnikiem Powszechnym, nasz redaktor naczelny, ks. Adam Boniecki. Dlatego tak bardzo symboliczne było to zakończenie karier Adamów dwóch: Bonieckiego i Małysza, tego samego dnia 26 marca. Oczywiście symbolicznie chciałem uczcić – bo przecież nie pożegnać! – jednego i drugiego osobiście, swoją obecnością na ich benefisach. Udało się być i w Krakowie w Sukiennicach na Benefisie ks. Adama Bonieckiego i w Zakopanem na Benefisie Adama Małysza. Być obok nich, złożyć hołd, który za to co dla nas robili przez tyle lat, tak bardzo im się należał. Mówimy: dziękujemy, ale nie: żegnajcie, bo przecież pozostają w swojej działalności sportowej i dziennikarskiej, zmienia się tylko ich działalności charakter. Nie będzie już Małysza skoczka, mistrza świata, króla skoczni. Ale będzie ciągle Małysz wielki motywator, autorytet sportowy, może w przyszłości trener. Nie będzie też już naczelego Bonieckiego, nie będzie wizyt w jego gabinecie, w którym z racji swoich licznych wyjazdów i tak był ostatnio rzadko uchwytny. Ale pozostanie przecież Boniecki publicysta, komentator życia publicznego i ostry, ale sprawiedliwy recenzent działalności polskiego Kościoła. Jeden i drugi Adam są nam ciągle potrzebni, co podkreślał w swoich wystąpieniach prezydent Komorowski. Mam tylko nadzieję, że my będziemy ich nadal potrzebować, tak jak wtedy – w ostatniej dekadzie, kilkunastu latach, całym życiu – gdy robili dla Polski kawał dobrej roboty.
 
***
 
A to przecież nie jedyne wielkie kariery, które zakończyły się w marcu. Inny wielki skoczek narciarski Janne Ahonen skończył swoją karierę po raz drugi. Chyba marcowe zakończenia kariery mu się spodobały, chociaż wcale mu tak, jak Małyszowi nie wychodzą. Lepiej jednak skończyć raz a dobrze. Z funkcji przywódcy politycznego Tybetańczyków zrezygnował Dalajlama, w czym Chińczycy od razu wywęszyli podstęp i fałsz. Chociaż jeśli ktoś potrafi wyprodukować podróbę zakończenia kariery to zapewne właśnie tylko z metką: Made in China. Pałeczki do perkusji i mikrofon odłożył na dobre Phil Collins. Człowiek, który już od 20 lat zapowiadał ten moment i wreszcie poznaliśmy prawidłową interpretację piosenki „In The Air Tonight” („I can feel it coming in the air tonight, Oh Lord/ I’ve been waiting for this moment, all my life, Oh Lord”). Tego samego dnia  (a może jednak o to chodziło w owianym legendą tekście piosenki?!) na Ziemię po ostatnim kosmicznym locie zleciał wahadłowiec Discovery. No i w ostatniej akcji marca, w doliczonym niemalże z okazji wiosny czasie gry, reprezentacyjne korki na kołku postanowił zawiesić Michał Żewłakow. Ale przepraszam, już się chyba trochę zapędziłem, bo miałem pisać jedynie o końcach wielkich karier, a nie karier jako takich czy też karier, które pamiętały innych wielkie kariery.
Zaczął się kwiecień i mam nadzieję, że nikt wielki już w kwietniu kariery nie skończy. Ani wielki ani mały. Bo kwiecień to nie jest dobry miesiąc do kończenia kariery.

Zimowy atak szczytowy

Rozpoczął się atak szczytowy na Broad Peak! Polacy mają już we środę lub w czwartek szansę dołożyć kolejny ośmiotysięcznik do kolekcji szczytów zdobytych po raz pierwszy zimą. Do tej pory jako pierwsi weszli na osiem z dziesięciu zdobytych o tej porze roku ośmiotysięczników w Himalajach. Jeszcze nie udało im się to w Karakorum, gdzie aż do tej zimy żaden człowiek nie stanął na wierzchołku ośmiotysięcznika. Ubiegł ich jednak międzynarodowy zespół złożony z Włocha Simone Moro, Kazacha Denisa Urubko i Kanadyjczyka Cory Richardsa, który już 2 lutego po zaledwie miesiącu działania w górach wszedł na Gasherbrum II (8035 m n.p.m.). W Karakorum niezdobyte zimą pozostały więc już tylko Broad Peak, Gasherbrum I i druga góra Ziemi, K2. Polska wyprawa tkwi w bazie pod Broad Peakiem (8047 m n.p.m.) już od połowy stycznia (a część uczestników nawet od początku stycznia).

O jej kulisach, idei całego programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, charakterystyce himalaizmu zimowego i jego historii w polskim wydaniu pisałem w „Przekroju” w artykule „Powrót lodowych wojowników”. Nie będę więc tych kwestii powtarzał. Co jednak działo się już po opublikowaniu tego tekstu.

Polakom nie udało się wstrzelić z atakiem szczytowym w zaskakująco sprzyjające warunki, jakie panowały w Karakorum na początku tej zimy. Nie zdążyli założyć ostatniego obozu, a także odpowiednio do wejścia na szczyt się zaaklimatyzować. Zespół Moro-Urubko-Richards wykorzystał w tym celu właściwie ostatni moment i dotarł na szczyt już w czasie załamania pogody, gdy rozpętało się na górze śnieżne piekło. Ich zejście pełne przeciwności, niebezpiecznych przygód, niemal o włos od dramatu (trudności ze znalezieniem obozu po zejściu ze szczytu, lawina, która porwała Urubko i Richardsa oraz dwa upadki tego ostatniego do szczelin w lodowcu) przejdzie z pewnością do legendy himalaizmu. „Byłem gotowy na śmierć” – mówił po zejściu Urubko, uznawany za jednego z najlepszych himalaistów świata, a tym samym – nie będzie przesadą stwierdzić – jednego z najtwardszych ludzi w ogóle.

Polacy musieli przeczekać kolejne tygodnie burz i huraganowych wiatrów, które doszczętnie zniszczyły obóz II, porywając nie tylko namiot, ale także cały sprzęt w nim zdeponowany, co oznaczało dla wyprawy nie tylko wielotysięczne straty, ale przede wszystkim dodatkowy ciężki wysiłek na odbudowę obozu II, a potem założenie „trójki” na wysokości 7150 m n.p.m.

Wiatr, który dokonał takich spustoszeń musiał wiać z prędkością 200 km/h. W samej bazie u podnóża szczytu osiągał prędkość 140 km/h. Po chwilowej poprawie, którą grupa wykorzystała na wyjścia aklimatyzacyjne i budowę kolejnych obozów, znowu powróciła fatalna niepogoda. Dopiero w tym tygodniu wiatr ma zelżeć.

Od kierownika wyprawy, Artura Hajzera i jednego z uczestników, Rafała Froni, nadeszły wczoraj wieści:

Wiedzieliśmy ze wstępnych i ostrożnych zapowiedzi Karla Gabla, że w rozpoczynającym sie tygodniu należy sie spodziewać okna pogodowego odpowiedniego do ataku na szczyt.

Mowa była o 4-5 dniach. Najnowsze aktualizacje dają 2 dni: wtorek i środę. Czyli jak to w Karakorum bywa z okna zrobił się lufcik, ale pamiętamy też, że prognoza prognozą, a w górach może być różnie.

Tak czy owak, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że atak czas zacząć! Zamierzamy ruszyć w dwóch grupach:
– w poniedziałek 4 lub 5 osób
– we wtorek 4 lub 5 osób
Według otrzymanych, najnowszych prognoz sytuacja w kopule szczytowej jest następująca:
-poniedziałek – wiatr 60-100 km/h przy dużym zachmurzeniu
-wtorek – wiatr 40km/h przy częściowym zachmurzeniu
-środa – wiatr 20km/h !!!! przy częściowym zachmurzeniu
-czwartek- wiatr 40km/h słonecznie
-piątek – wiatr rano ok 70km/h w późniejszych godzinach na wzrosnąć – musimy schodzić!!!

W poniedziałek ok godz. 5 rano z bazy do C2 wyrusza pierwsza grupa:
leader Artur Hajzer, Robert Szymczak, Krzysztof Starek, Ali Sadpara, Ali Raza.

Ich plan to C2, następny dzień C3 i w środę pierwsza próba ataku szczytowego.
Według jednej prognozy temperatura w kopule wyniesie -42 st., według innej -57 stopni.
Również w poniedziałek startuje samotnie Marcin Kaczkan, którego celem jest C1, we wtorek ma dotrzeć do C2 i tu połączyć się z grupą drugą.

We wtorek wyrusza do C2 druga grupa w składzie:
Rafał Fronia, Jarek Gawrysiak.
Plan grupy 2 to dojście do C3 w środę i próba ataku szczytowego w czwartek.
Trzymajcie kciuki.

Pozostaję więc trzymać kciuki, jak to w górach nie tylko za zdobycie szczytu, ale przede wszystkim, aby z sukcesem czy bez wszyscy atakujący szczyt zeszli z niego cało. Bez urazów i odmrożeń, o które przy tak nieziemsko niskich temperaturach naprawdę łatwo. Jak widać wyzwanie jest ogromne i nawet przy lekkim wietrze zdobycie Broad Peaku zimą będzie bardzo trudne. Ukoronowałoby ono jednak ogromy wysiłek organizacyjny i logistyczny Hajzera i pozostałych członków wyprawy, a także i przede wszystkim wynagrodziło olbrzymi wycisk fizyczny, jaki dostali już himalaiści w ciągu tych dwóch miesięcy w Karakorum.

To pierwsza od lat polska wyprawa zimowa, której szanse na ostateczny sukces są tak duże. Od 2005 roku, kiedy na tybetańskiej Shishapangmie zimą stanęli jako pierwsi uczestnicy polskiej wyprawy, Piotr Morawski i Simone Moro, do sukcesu ani podczas próby na Nanga Parbat ani podczas poprzedniej zimowej wyprawy na Broad Peaku nie było tak blisko.

To niepowtarzalna szansa, żeby polski himalaizm wrócił do światowej czołówki, nawiązał do epoki swoich największych sukcesów z lat 80.

Winnerhofer to aMAZE

W niedzielę zakończyły się Mistrzostwa Świata w narciarstwie alpejskim. Odbywającą się w niemieckim Garmisch-Partenkirchen imprezę ratował sztuczny śnieg. Gdyby nie on, w ogóle nie mogłaby się odbyć. Na szczęście wiele dni mrozu pozwoliło organizatorom naprodukować tego śniegu co niemiara. Ale mimo to, a może raczej właśnie dlatego, zapamiętam te mistrzostwa, jako toczące się na grubych, niekiedy półtorametrowych pasach śniegu, pośród zieleniących się w ogół drzew i trawy. A odbywały się przecież w środku lutego.
Solidna warstwa sztucznego śniegu nie zmieniała faktu, że warunki były bardzo trudne. Zmienność temperatur powodowała nawet fatalne rozbieżności w warunkach panujących na trasach podczas trwania jednych zawodów.
I tak na przykład znamienny fakt, że w konkurencjach technicznych tytuły mistrzowskie zdobywali zawodnicy, którzy startowali w pierwszych przejazdach z pierwszymi numerami. Tak było w gigantach, w których na trasę jako pierwsi ruszali Słowenka Tina Maze i Amerykanin Ted Ligety oraz w kobiecym slalomie, który otwierała Austriaczka Marlies Schild. Wszyscy oni kończyli swoje konkurencje na najwyższym stopniu podium, już w pierwszym przejeździe na nietkniętej jeszcze krawędziami nart, gładkiej jak stół trasie, wyrabiając sporą przewagę nad większością, a czasem wszystkimi jadącymi potem rywalami. W męskim slalomie zwyciężył wprawdzie startujący z drugim numerem Francuz Jean-Baptiste Grange, ale ten który otwierał pierwszy przejazd, Włoch Manfred Mölgg stanął w końcu na najniższym stopniu podium.

Kreowani na największe gwiazdy mistrzostw i faworytów, liderzy Pucharu Świata trapieni przez choroby, bóle wyjechali wprawdzie z Garmisch z medalami, ale z mniej cennych kruszców. Maria Riesch prowadząca w kobiecej walce o Kryształową Kulę akurat wyjeżdżać nie musiała, bo mieszka w Bawarskich Alpach, ale zdobyła tylko dwa brązy w konkurencjach szybkościowych, co jak na dwukrotną złotą medalistkę olimpijską mogłoby zawodzić, ale w przypadku Riesch musi budzić najwyższy podziw, bo startowała z wysoką ponad 38-stopniową gorączką. Widać było, jak zmuszony do dwuminutowego maksymalnego wysiłku organizm Niemki za metą dosłownie padał ze skrajnego wyczerpania. W taki sposób ocaliła honor gospodarzy mistrzostw, bo pozostali niemieccy narciarze totalnie zawiedli.

Jej dobra przyjaciółka Amerykanka Lindsey Vonn odczuwała podczas mistrzostw poważne bóle głowy, które solidnie dawały jej się we znaki na pokrytej niemalże lodową skorupą słynnej trasie Kandahar, na której w pierwszych dniach mistrzostw rozgrywano konkurencje szybkościowe. W treningach zjazdu oszczędzała się w widoczny sposób, nie startując nawet w zawodniczej gumie, ale w stroju typowym dla amatorów. Jeden srebrny medal wywalczony w zjeździe, jak sama podkreślała, może uważać za sukces. Ivica Kostelić narzekał na sfatygowane stawy, dlatego odpuścił nawet – co akurat trudno zrozumieć – superkombinację, w której złoto powinien wywalczyć akurat bez kłopotu. Do Chorwacji przywiezie jedynie brąz w supergigancie.

Ale sensacji też wielkich w Ga.-Pa. nie było. Może lekkie niespodzianki, jak złoto młodej Anny Fenninger w superkombinacji czy zwycięstwo Erica Guaya z Kanady w zjeździe. Chociaż Guay, mimo że w tym sezonie szczególnie nie błyszczał, jest zdobywcą Małej Kryształowej Kuli za supergigant w sezonie ubiegłym, więc nie wiem czy nawet słowo niespodzianka jest w jego wypadku na miejscu.

W wielu konkurencjach wygrywali po prostu wielcy mistrzowie, tacy jak Aksel Lund Svindal czy wspomniani już Schild, Ligety i Grange, którym do pełni narciarskiej chwały brakowało już właśnie właściwie tylko tytułów Mistrzów Świata. Do tej grupy można też z pewnością zaliczyć największe kobiece gwiazdy imprezy, dwukrotnie złotą (w zjeździe i supergigancie) Austriaczkę Elisabeth Görgl i złotą w gigancie a srebrną w superkombinacji Słowenkę Tinę Maze. Piękna Tina potwierdziła, że genialna piarowo i zręczna copywritersko nazwa zespołu, który założyła, gdy opuściła kadrę Słowenii i zaczęła trenować w gwiazdorskim stylu, na własną rękę, „Team to aMAZE”, co można tłumaczyć jako „Drużyna do zadziwiania” nie jest wcale nazbyt pretensjonalna.

Największą męską gwiazdą mistrzostw był bez najmniejszego wątpienia Christof Innerhofer, Włoch z Południowego Tyrolu, który zdobył trzy medale w trzech kolorach. Zresztą fenomen narciarzy z bliskiego mojemu sercu Południowego Tyrolu, to coś, co umknęło raczej uwadze komentatorów, a warte jest podkreślenia. Innerhofer, którego w jego małej ojczyźnie, jak napisał mi znajomy włoski Tyrolczyk z Bolzano, nazywają już „Winnerhofer” oraz jego koledzy Peter Fill i Manfred Mölgg (nawet mało wprawione ucho wyczuje od razu, że imiona i nazwiska ich nie brzmią miękko, włosko, ale twardo, germańsko) zdobyli w sumie 5 z 6 medali wywalczonych przez reprezentantów Włoch. Co oznacza, że gdyby zawodnicy pochodzący z podkreślającej swoją odrębność autonomicznej prowincji Włoch, startowali w osobnej drużynie,to Południowy Tyrol zająłby w klasyfikacji medalowej 4. miejsce za Austrią,Francją i USA.To więc wielki sukces narciarstwa rodem z Dolomitów.

Pierwsza trójka tej tabeli nie jest żadnym zaskoczeniem,można by nawet powiedzieć, że dominacja Austriaków (choć po prawdzie raczej Austriaczek!) oznacza, że właściwe proporcje w narciarskim świecie zostały utrzymane.

O występie Polaków lepiej jak najszybciej zapomnieć. Od poziomu narciarstwa słoweńskiego czy chorwackiego (bo to nie tylko Ivica Kostelić!) dzieli nas przepaść tak gigantyczna, że jej rozmiarów lepiej nawet nie szacować. Ale gorzej, że przepaść dzieli nas ciągle także od Czechów i Słowaków, którzy wprawdzie na tych mistrzostwach sukcesów żadnych nie odnieśli,ale z występu swoich narciarzy nie muszą się wstydzić. O niektórych, gdy w swoich koronnych konkurencjach nie znajdowali się na podium (Ondřej Bank) lub choćby w jego okolicy (Šárka Záhrobská), komentatorzy nie bali się powiedzieć, że nieco zawiedli. Kiedy coś takiego usłyszę o polskim narciarzu, gdy znajdzie się choćby na 15. miejscu w którejś z narciarskich konkurencji?

Nieszczęsny dar zwycięstwa

Dawno się tak nie cieszyłem z niczyjego sportowego sukcesu, jak w niedziele, kiedy na podium w Zakopanem stanął Kamil Stoch, chłopak z Zębu. „Upadł król, niech żyje król!” – pisze dziś „Przegląd Sportowy”, a „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita”, jakby wyciągają sobie z ust: „scenariusz jak do filmu z Hollywood”, „takie scenariusze piszą tylko w Hollywood”. I przy całej prasowej skłonności do przesady, nadmiernego patosu, nie są te tytuły, te czołówki bardzo przesadzone. Bo w ten weekend w Zakopanem działy się rzeczy niespodziewanie, diapazon uczuć skakał od euforii, przez zawód, grozę aż po kolejny wybuch radości, a symbolika napisanego przez życie scenariusza, słodko-gorzka przewrotność polskiego losu, mogła znowu skłaniać nas do refleksji, że ten upadek Małysza, nie był żadną zwyczajną sportową katastrofą, lecz upadkiem króla trzydziestotrzyletniego, który ledwie dwa dni wcześniej zasiadł znów na tronie po reelekcji, a to zwycięstwo Stocha nie było zwykłym narciarskim triumfem, ale króla nowego koronacją i że w końcu w gruncie rzeczy to nie w skokach narciarskich jedynie toczyły się zawody, ale toczyły się one także w drugim obok skoków polskim sporcie narodowym, jakim jest symbolizm.

Jakkolwiek scenariusz iście hollywoodzki, a symbolizm bardzo polski, to jednak myśl o upadku starego króla i narodzinach nowego może nie przetrwać do następnych zawodów Pucharu Świata, nie mówiąc już o Mistrzostwach Świata w Holmenkollen. Cieszyłem się bardzo ze zwycięstwa Kamila Stocha, bo jest coś niebywale pięknego w tym triumfie, jak w każdym nieczęstym tego typu zdarzeniu, które następuje w tak dramatycznych okolicznościach i to w dodatku na ojczystej ziemi. Ale jednocześnie zasępiło mnie ono bardzo, bo spowiła mi je w głowie, jak mgła, myśl o innych podhalańskich chłopcach, którzy równie niespodziewane zwycięstwa na skoczniach świata odnosili i korona, którą im potem zakładano na głowę ciężka była tak, że już dalej nie mogli w niej skoczyć, a o ile fizycznie, znając moc góralskich głów, mogli ją jeszcze jako tako utrzymać, to już psychicznie jej ciężaru za nic nie byli w stanie unieść. 

Osiągnąwszy mistrzostwo w skokach, zostawali z koroną na głowie, walcząc już tylko o mistrzostwo, ale w zgoła innej dyscyplinie. W tej nie spadali już nawet na bulę, ale gorzej, bo wprost do sportowego rynsztoka.

Tak swoje mistrzostwo olimpijskie przypłacił Wojciech Fortuna. Tak Mistrzostwo Świata Juniorów w 2004 r. okupił zaledwie rok starszy od Stocha Mateusz Rutkowski. Natomiast inny chłopiec spod samiućkich Tater, Robert Mateja, tak się tego losu podhalańskiego skoczka przeląkł, tak się tej góralskiej ślepej fortuny przestraszył,  że gdy prowadził w 1999 r. przed własną publicznością na Wielkiej Krokwi przed Funakim i Ahonenem, to w drugiej serii konkursu najkrótszy skok na odległość 99 m oddał, gdy tylko gryzącą, wysokoprocentową woń nadciągającego zwycięstwa unoszącą się nad trybunami poczuł.

Dlatego z troską wielką patrzę na Kamila, który z tej samej podhalańskiej ziemi zrodzony, z tej samej góralskiej krwi przepalany, w innym niż pokorny ewangelicki synek Adam Małysz, podatnym na pokusy ciała katolickim klimacie wychowany. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten nieszczęsny dar zwycięstwa, to triumfalne brzemię godnie uniesie i nie upadnie pod jego ciężarem.

Na szczęście mianowanie go nowym królem jest jeszcze nieco przedwczesne. Stochomania nam raczej nie grozi. A co najważniejsze nie grozi młodemu skoczkowi, bo chłopak z Zębu, w przeciwieństwie do chłopaka z Wisły, szaleństwa na swoim punkcie mógłby nie wytrzymać.

To na pewno wielce utalentowany skoczek, który długo i ciężko pracował na to zwycięstwo i na nie bez wątpienia zasłużył, choć odniósł je w dziwnym konkursie, w którym wprawdzie odbyły się dwie serie i w drugiej serii pokazał on mistrzowską klasę, ale w którym przy panujących warunkach nie skakano, umówmy się, na najwyższym światowym poziomie, a większości zawodników bardziej niż na zwycięstwie, zależało raczej na bezpiecznym lądowaniu.

Pokazał więc mistrzowską klasę, ale nie sądzę, żeby okazał się brylantem na miarę Małysza. To zweryfikuje dopiero konkurs, w którym skrzydła będą mogli w pełni rozwinąć Kofler, Morgenstern, Ammann, no i Małysz. Bo mistrz wprawdzie upadł, ale należy to zdarzenie traktować w kategoriach zwyczajnego pecha. Szczęśliwie nie niesie ono za sobą żadnych poważnych konsekwencji. A na Mistrzostwa Świata w Oslo to Małysz ciągle pozostaje głównym polskim kandydatem do medalu, zwłaszcza że, jak liczne przykłady pokazywały  – taka chyba psychiczna konstrukcja skoczków – upadki często prowokowały późniejsze sukcesy, a skoczkowie zwożeni jednego dnia z zeskoku toboganem, kilka tygodni później latali jeszcze dalej. Aż na stopnie podium.

Kamil Stoch wytrzymał wielką presję, co należy podziwiać, ale traktować jednocześnie jako trening mentalny przed presją, jaką będzie musiał wytrzymywać teraz, a zwłaszcza za miesiąc na Mistrzostwach Świata.