Archiwa tagu: biegi

Dog Days Are Over, czyli kanikuły kres

Ubiegły tydzień upłynął pod znakiem niemiłosiernych upałów. Żar lał się z nieba, ale nie tylko w pogodzie było gorąco. Czas był gorący także dlatego, że dużo się po prostu działo. Nie wiem, kto wymyślił określenie „sezon ogórkowy”, chyba tylko dziennikarze polityczni, dla których jeśli poseł wyjeżdża na wakacje, oznacza, że faktycznie nie ma już o czym pisać, nic się nie dzieje. Pojawiają się więc tematy zastępcze. Takie przynajmniej są one w ich rozumieniu. Co innego powie ktoś, dla kogo, jak dla mnie, polityczne rozgrywki, to zazwyczaj właśnie tematy zastępcze. Natomiast okres wakacji obfituje w wydarzenia na wszelkich innych, pozapolitycznych bardziej mi bliskich polach. Oczywiście to zawsze wrażenie osobiste, powodowane własnym zaangażowaniem czy też zainteresowaniem konkretnymi tematami.
W moim przypadku ostatni tydzień był jednym z najgorętszych w roku, nie tylko dlatego, że temperatura sięgała 40 st. C.

***
Orzeźwienie przyniósł dopiero sobotni koncert Florence & The Machine na krakowskim Coke Live Festival. „Dog Days Are Over” zaśpiewała genialnie mocnym głosem brytyjska piosenkarka i rzeczywiście zgodnie ze znaczeniem słów piosenki upał zelżał, żar z nieba przestał się w ten weekend lać, kaninuły nastał rześki game over. Za to w cudownie ożywczym brytyjskim chłodzie, z głosem i ruchem Florence uderzyła ze sceny fala energii, której zasoby przez ostatni tydzień upłynęły z potem i wyparowały z człowieka niemal do cna.
Czekałem na ten koncert, zwłaszcza że był on wydarzeniem wyjątkowym. Artystka nie grała w tym roku regularnej trasy koncertowej, na miejsce jedynego koncertu w sezonie letnim wybrała właśnie Kraków i odbywający się tu co roku, organizowany przez agencję Alter Art festiwal. Mimo że nagrała do tej pory zaledwie dwie płyty to zdobyła coś, co nieczęsto podąża w parze: ogromną popularność przy jednoczesnym uznaniu krytyków i branży muzycznej, za którymi poszły nominacje do Nagród Grammy oraz występy na festiwalach Glastonbury i Reading (miała wtedy zaledwie 22 lata). Jej głos jest mocny, ma piękną i tak charakterystyczną barwę, że rozpoznajemy go, nawet gdy śpiewa nim nowe, nieznane piosenki. Jest jedną z niewielu gwiazd namiętnie puszczanych przez mainstreamowe stacje radiowe, których muzyka nie nudzi, nie odpycha, nie irytuje swoją miałkością. Dziś ma 26 lat, choć muzycznie i wizerunkowo wygląda na kobietę dojrzalszą, ale na scenie bucha z niej energia nastolatki, wbiega w korytarz pomiędzy publicznością, posypuje siebie i swoich muzyków złotym brokatem. Jej głos najlepiej brzmi, gdy ustępują mu instrumenty, kiedy nawet Florence Welch – tak brzmi bowiem jej prawdziwe nazwisko – śpiewa przez moment bez ich akompaniamentu, a capella. Przy tym, jak mało kto pokazuje, że głos i muzyka mogą wystarczyć, nie potrzebne są jakieś układy taneczne, wygibasy, lampy, efekty. Wyraźnie inspiruje ją Kate Bush, można nawet powiedzieć, że Florence jest jej twórczą spadkobierczynią. Gra też muzykę, która łączy pokolenia: ortodoksyjnych nastoletnich fanek, ich starszych sióstr i braci oraz matek. Na scenie wygląda nader skromnie, choć jej teledyski zazwyczaj kipią kolorem, czemu daje wyraz także współpraca z jednym z najsłynniejszych modowych i muzycznych fotografów świata, Davidem LaChapellem, słynącym z lubości do nasyconych, ostrych kolorów i kampowej stylistyki, który nakręcił dla niej teledysk do „Spectrum”. Ten jeden z największych przebojów zespołu Florence & The Machine i zarazem najlepszych kompozycji, zabrzmiał pod koniec koncertu obok takich hitów, jak „Shake It Out” oraz „No Light, No Light”. Występ oglądała liczba publiczności, jakiej odbywający się od kilku lat w Krakowie Coke Live Festival jeszcze chyba nie widział. Rzadko się zdarza, żeby bilety na dzień festiwalu, który z natury rzeczy nie ma tak ograniczonych warunków przestrzennych, jak stadion czy hala widowiskowa, kończyły się już w przeddzień występu gwiazdy. Inna sprawa, że Florence udowodniła, że jest gwiazdą, która z powodzeniem mogłaby w Polsce, a może nawet powinna występować na osobnym koncercie, być może nawet na dużym stadionie. Większość widzów przyszła tylko i wyłącznie na jej koncert, przyćmił on innych wykonawców, a jeżeli tak się dzieje, to po co dla występu jednej gwiazdy organizować cały festiwal? Po Brytyjce na scenie wystąpił legendarny skład hip-hopowy reaktywowany niedawno Wu-Tang Clan. Nie jestem fanem hip-hopu, ale zdawałem sobie sprawę, że może to być niewiele mniejsze wydarzenie tego festiwalu. Nie wiadomo czy raperzy rzeczywiście spóźnili się do Krakowa, czy woleli występować miast przed Florence, po niej, gdy pod sceną mogło się znaleźć miejsce dla ich fanów, nie wypełniały go szczelnie czatujące na swoją idolkę nastolatki. W efekcie koncert oglądała 1/3 tej liczby widzów, która podziwiała głos i energię Florence, ale za to widać było, że zostali na nim głównie widzowie świadomi swojego muzycznego wyboru.
Mój koncertowy niedosyt, który w tym roku wywołała niemożność zobaczenia trzech ważnych koncertów tego lata – Portishead w Krakowie, Depeche Mode w Warszawie i The Smashing Pumpkins w Katowicach – został dzięki Florence Welch częściowo i chwilowo zażegnany.

***
Zanim jednak miałem przyjemność wysłuchania świetnego, choć nie najlepiej nagłośnionego koncertu, głowę i czas zajmowały inne tematy, które w ostatnim czasie wypełniały moje teksty w Tygodniku Powszechnym. W ubiegłym numerze ukazał się mój reportaż „Z owcami przez historię” opowiadający o Redyku Karpackim, z którym miałem okazję wędrować przez kilka dni po Rumunii. Było to w maju, ale teraz dopiero Redyk idący z Rumunii przez Ukrainę, Polskę do Czech, dotarł w bliskie mi strony, w Gorce, na Spisz, Podhale i Orawę. Była więc najlepsza okazja, żeby zapoznać czytelników z jego ideą, przebiegiem, celem. To był trudny tydzień dla idących z Redykiem pasterzy, owiec, psów. Tak upalna pogoda nie sprzyja w wędrówce ani ludziom, ani zwierzętom, mimo że w czasie Redyku pokonują nie dłuższe zazwyczaj niż 10-15 km odcinki, ruszając bardzo wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca lub tuż po nim, robiąc kilkugodzinną przerwę w czasie największych upałów. To był trudny tydzień, bo w Gorcach, na Spiszu, na Podhalu na Redyk czekali wszędzie chcący powitać go ludzie. Niekiedy jego przejście urastało do rangi lokalnego wydarzenia. Uczestnicząc w takim powitaniu przechodzącego Redyku na granicy gmin Kościelisko i Czarny Dunajec, a potem jego przemarszu przez najpiękniejszą wieś Podhala, Chochołów, miałem wrażenie, jakby witano pielgrzymów. Nie pierwsze takie skojarzenie niemalże religijne (choć samo pasterstwo takie obrazy w naturalny sposób dzięki chrześcijańskiej metaforyce narzuca). Idąc za stadem i pasterzami przez rumuńskie Karpaty szerokim traktem na lesistym grzebiecie pokrytym wysuszoną na pieprz glinką, która wzruszona owczymi racicami wznosiła się za kierdelem w tumanie kurzu, miałem skojarzenia niemalże z biblijną ikonografią. W chłodniejsze piątkowe popołudnie, zanim w sobotę dotarł do Chochołowa, Redyk przeszedł ulicami Zakopanego. Witano go na Równi Krupowej. To był gorący okres dla idących z nim pasterzy także ze względu na ilość powitań, spotkań, imprez towarzyszących, podczas których jak to pod Tatrami, gości wita się czym chata bogata. Po zakończeniu spisko-podhalańskiego tygodnia Redyk poszedł dalej na Orawę ku Ziemi Żywieckiej.

***
Gorąco było też we środę 7 sierpnia w Chorzowie, gdzie odbył się Bieg dla Słonia, impreza mająca upamiętnić Artura Hajzera, słynnego himalaistę, lidera programu Polski Himalaizm Zimowy, który dokładnie miesiąc wcześniej zginął w wypadku podczas odwrotu z nieudanego ataku na ośmiotysięczny Gaszerbrum I. Równolegle podobne inicjatywy odbyły się w kilku miastach w Polsce, ale od początku było wiadomo, że to główny bieg, na śląskiej ziemi Artura zgromadzi największą liczbę uczestników, w tym jego krewnych, przyjaciół, znajomych i współpracowników. Trudno było nie pojechać, nie wziąć udziału, zwłaszcza jeśli znało się Artura osobiście, ceniło się go i szanowało. „Bo to historia, bo to marzenia…” tłumaczyło hasło, pod którym odbywała się impreza. Dlaczego akurat bieg? Bo biegał sam Artur, zwłaszcza od 2005 r., kiedy to po ponad piętnastoletniej przerwie wrócił do czynnego uprawiania alpinizmu, ze szczególnym nastawieniem na himalaizm zimowy i trenował intensywnie, aby odzyskać choć część dawnej kondycji i formy. Dużą wagę do treningu, przygotowania na bazie biegów średnio- i długodystansowych oraz górskich przywiązywał też jako szef PHZ, wychowawca młodego pokolenia ambitnych himalaistów. A 7 kilometrów? Zginął właśnie 7 lipca, a liczba ośmiotysięcznych szczytów, które osiągnął, także wynosi siedem, choć kanoniczne sześć poszerzono w tym wypadku o Annapurnę Wschodnią, jeden z pobocznych wierzchołków masywu Annapurny, który Artur zdobył nową drogą. Trasa biegu przebiegała przez chorzowski park, a termin przypadł trochę pechowo na bodaj najbardziej upalną środę roku, jedyne szczęście, że Bieg dla Słonia był od początku zamierzony jako bieg nocny, choć w godzinie jego rozpoczęcia, było i tak 28 st. C.
Nie zniechęciło to jednak uczestników, których przybyła tak duża ilość, że brakło kart zgłoszeniowych przygotowanych na ok. 1100 osób, pozostały więc szacunki, wedle których pobiegło w Chorzowie ku pamięci Artura Hajzera ok. 1400 osób.