Archiwa tagu: festiwale

Sting pro Life

Sting wystąpił na Life Festival w Oświęcimiu.  Napisać o koncercie Stinga, że był dobry, to nic nie napisać. Tacy artyści nie dają słabych koncertów. Czy koncert podoba nam się mniej lub bardziej, to już subiektywna ocena wynikająca np. z układu setlisty, doboru takich, a nie innych piosenek. Nie jestem najlepszą osobą, żeby koncert Stinga oceniać, bo widziałem tego artystę na żywo po raz pierwszy. Tak się złożyło. Chociaż Sting koncertuje w ostatnich latach w Polsce niemal corocznie, a zdarzało się nawet, że i częściej. Było tego trochę, wymieńmy: 1996 Warszawa, 1997 Katowice, 2000 znów Katowice, 2001 znów Warszawa, 2005 raz jeszcze Warszawa, 2008 Chorzów, 2010 Poznań, 2011 Gdańsk, 2012 Warszawa razy dwa i Łódź, uff… I to wszystko nie licząc krótkiego występu z okazji 85-lecia Polskiego Radia w Warszawie. Mimo to, zawsze ze Stingiem było mi jakoś nie po drodze, za daleko, nie w tym terminie, on mógł, ja nie mogłem. Chęć zobaczenia go na żywo tylko rosła. Tej możliwości tym razem nie można było przegapić, pokrywała się z chęcią zobaczenia czwartej edycji, Life Festivalu, niewielkiego festiwalu odbywającego się w mieście odwiedzanym przeważnie nie dla zabawy. Festiwalu, który przywraca Oświęcimowi, naznaczonemu znamieniem śmierci, prawdziwą radość życia.
Na stronie festiwalu czytamy: „Istotnym elementem Life Festival Oświęcim jest jego pokojowe przesłanie, odróżniające go od innych muzycznych festiwali w Polsce. Budowanie pokojowych relacji ponad granicami kulturowymi i państwowymi oraz walka z rasizmem i antysemityzmem – takie cele przyświecają organizatorom LFO. To przesłanie ma potężną moc, bo wypływa z miasta kojarzonego powszechnie z największym nazistowskim obozem zagłady.”

To przesłanie przyświeca także gwiazdom, kolejnych edycji festiwalu, którymi byli już Matisyahu (urodzony w żydowskiej rodzinie w USA muzyk reggae, raper i beatbokser, częsty gość w Polsce, występujący także na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, a w tym roku po raz drugi także na Openerze w Gdyni), Peter Gabriel (legenda muzyki, były lider Genesis, którego szerzej przedstawiać nie trzeba) i Ray Wilson (przez pewien czas w latach 90. również wokalista Genesis, goszczący na festiwalu także w tym roku). Nie ma wątpliwości, że Sting pasował do przesłania tego festiwalu. Trudno znaleźć twórcę, którego doskonała twórczość jest równie radosna, ciepła, a jej przesłanie w podobny sposób pozytywne. Już piosenki The Police, macierzystej grupy Gordona Sumnera, czyli Stinga, emanowały radością i pozytywną energią. Wokalista cieszył się też w Polsce zawsze bardzo dużą popularnością, którą tłumaczy też owa ilość koncertów u nas zagranych, wyprzedawanych zawsze do ostatniego biletu. Koncert w Oświęcimiu był spełnieniem marzeń kogoś, kto tak jak ja, czekał by zobaczyć tego muzyka na żywo od kilkunastu lat. Repertuar odrobił zaległości z jedenastu przegapionych koncertów. Jako że Sting nie promował aktualnie żadnej nowej płyty, złożył go w większości z najlepszych utworów zarówno swoich, jak i z dawnego repertuaru The Police. To był więc koncert życzeń, który rozpoczynało „If I Ever Lose My Faith In You”, kontynuowały standardy The Police z „Every Little Think She Does is Magic” i „Message in a Bottle” na czele, absolutne hity z solowego repertuaru, nieco starsze („Englishman in New York”) i ledwie ciut młodsze („All This Time”), a główną część kończył największy hit z czasów zespołowych „Roxanne” w jakże odmiennej od studyjnej, bardzo rozciągniętej, mocno improwizowanej, wpadającej w klimat smooth wersji. Niesamowitą robotę wykonują towarzyszący Stingowi muzycy, nie wiem który ważniejszą i lepszą, właściwie wszyscy są perfekcjonistami w swoich muzycznych fachach, także warto choćby przytoczyć ich nazwiska: klawiszowiec David Sancious, perkusista Vinnie Colaiuta, gitarzysta Dominic Miller, skrzypek Peter Tickell i wokalistka Jo Lawry. Dzięki nim także koncert Stinga jest wydarzeniem bezbłędnym, perfekcyjnym w każdym dźwięku, idealnym w każdym takcie, a drobne potknięcia zdarzają się przecież na koncertach nawet największym muzycznym tuzom. Między wymienionymi utworami było „Fields of Gold” poprzedzone anegdotą o domu w Anglii, który „właściwie jest… zamkiem”. A na bis usłyszeliśmy inspirowane arabską muzyką, wiele zyskujące w wersji na żywo „Desert Rose” i największe hity The Police: „King of Pain”, „Every Breath You Take”, „Next to You”. Na sam koniec zabrzmiał utwór, który w tym miejscu, w tym mieście miał szczególną wymowę, bo czyż słowa opowiadającego o kruchości ludzkiego życia utworu „Fragile” gdzieś mogły mieć mocniejszą wymowę? Na festiwalu żywych wybrzmiały, jakby śpiewane były też z myślą o tych milionach umarłych. Słowa, które w tłumaczeniu znaczą:

„Jeśli krew popłynie, gdy ciało i stal staną się jednością
Zastygając w kolorze wieczornego słońca
Jutrzejszy deszcz zmyje ślady
Ale w naszych umysłach pozostaną na zawsze”

Sting w Oświęcimiu pobudzał nas do życia, ale ostatnie takty i słowa skierował do zmarłych.