Archiwa tagu: zima

Broad Peak. Trudny powrót i czas wyjaśnień

Nadszedł czas wyjaśnień. W niedzielę trzej uczestnicy wyprawy na Broad Peak: pierwsi zimowi zdobywcy szczytu Adam Bielecki i Artur Małek oraz kierownik Krzysztof Wielicki wrócili po cichu bez udziału mediów do Polski. We wtorek w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbyła się konferencja prasowa zwołana celem podsumowania zwycięskiej i tragicznej wyprawy. Poznaliśmy szczegóły ataku szczytowego, zarówno wejścia na szczyt w dniu 5 marca, jak i zejścia, podczas którego zaginęli w dniu 6 marca himalaiści Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Słowa, które padły podczas konferencji prasowej porządkują naszą wiedzą na temat tych zdarzeń, układają ich chronologię, prostują wiele informacji, które podane na gorąco zostały w kilku przypadkach przeinaczone. Często na skutek błędów w komunikacji spowodowanych zapewne nerwową atmosferą panującą w tych dniach na łączach satelitarnych, które były jedynymi środkami kontaktu znajdujących się na terenie Pakistanu członków wyprawy z przebywającymi wówczas w kraju szefem programu Polski Himalaizm Zimowy, Arturem Hajzerem, członkami rodzin, przyjaciółmi obu himalaistów oraz żądnymi wszelkich informacji mediami. Jednak prawdy o losie Berbeki i Kowalskiego nie poznaliśmy, słowa tych, którzy wrócili utwierdzają w przekonaniu, że możemy nie poznać jej nigdy. Góry na ten temat milczą, himalaiści i my możemy jedynie interpretować zdarzenia na podstawie posiadanej wiedzy o nich.
Przypomnę więc fakty, które bądź to zostały po raz pierwszy przedstawione podczas konferencji, bądź też sprostowane, usystematyzowane, rozwinięte. Spróbujmy zrozumieć ich znaczenie.

1. Członkowie wyprawy zdecydowali się na atak we czwórkę, bez podziału na osobne dwójkowe zespoły. Nie było głosowania na ten temat, także informacje, że przegłosowali kierownika wyprawy są nieprawdziwe. Każdy ciężko zapracował na możliwość podjęcia próby wejścia na szczyt. Każdy wykazał się podczas wyprawy siłą, wytrzymałością, każdy miał też wystarczającą aklimatyzację, żeby podjąć próbę. Ale celem wejścia w 4-osobowym składzie było też zwiększenie bezpieczeństwa podczas ataku. Rzeczywiście można mniemać, że gdyby problemy zdrowotne u jednego z członków wyprawy nastąpiły na etapie wejścia, można byłoby zorganizować bezpieczny odwrót, a być może podzielić grupę na dwie dwójki: kontynuującą atak i schodzącą.
Decyzja o godzinie wyjścia z obozu IV w dniu ataku była przedyskutowana i podyktowana zarówno koniecznością wypoczynku (co najmniej 5 godz. przed atakiem), jak i oczekiwaniem na względne podwyższenie temperatury. Wyjście nastąpiło tak jak pisałem już w tekście „Tryumf i dramat na Broad Peak” w papierowym wydaniu Tygodnika Powszechnego o 5.15.
2. Początkowe tempo ataku było bardzo wysokie. Atakująca czwórka w ciągu 4 godz. osiągnęła szeroką szczelinę na wys. 7820 m, która zatrzymała poprzednie próby. Pokonała więc 400 m przewyższenia. Tempo dyktował Maciek Berbeka, co świadczy o tym, że mimo wieku (58 lat) był on w świetnej formie i wbrew pojawiającym się wątpliwościom miał predyspozycje do podjęcia takiego wyzwania. Także on wraz z Adamem Bieleckim aktywnie uczestniczył w pokonywaniu szczeliny.
3. Dalsza droga na przełęcz na wys. 7900 m zajęła znacznie więcej czasu niż planowano, a to ze względu na to, że zagradzały ją kolejne dwie szczeliny, o których istnieniu uczestnicy wyprawy nie mieli prawa wcześniej wiedzieć. Przełęcz osiągnięto o godz. 12.30, pierwsi dotarli na nią Bielecki i Berbeka, jednak pozostała dwójka, Małek i Kowalski, osiągnęła ją niedługo po tym. Stosunkowo nieduże odstępy pomiędzy wchodzącymi kolejno wspinaczami widać na zrobionym przez Bieleckiego pod przełęczą zdjęciu.
4. Adam Bielecki, który jako pierwszy osiągnął przełęcz pokusił się o szybki rekonesans dalszej drogi. Rozpoczynająca się ponad przełęczą grań prowadząca na przedwierzchołek Rocky Summit zaskoczyła go dużymi i niespodziewanymi trudnościami. Ten fragment mogliśmy oglądać na zrobionym przez Bieleckiego zdjęciu, które jest pierwszą w ogóle fotografią tego fragmentu drogi na szczyt zrobioną w zimie. W porównaniu ze zdjęciami z lata widać znaczne trudności mikstowe, czyli lodowo-skalne, w miejscach, które w okresie letnim pokryte są śniegiem. Bielecki wykonał telefon do Wielickiego z wyrazem swoich wątpliwości i uzyskał informacje na temat dalszej drogi na szczyt.
5. Ze względu na rosnące trudności grupa podzieliła się na dwa zespoły. Podział był dyktowany różnymi czynnikami. Bielecki z Małkiem znali się już przed wyprawą i wspinali się razem. Poprzedni atak przebiegał też w dwóch zespołach. W tym drugim szczyt atakowali Berbeka i Kowalski. Najmniej doświadczony na takich wysokościach Kowalski wspinał się obok najbardziej doświadczonego himalaisty w grupie. Krzysztof Wielicki chciał też aby w każdym zespole znalazł się wspinacz, który znał już Broad Peak z poprzednich wypraw. Berbeka dotarł zimą 1988 r. do przedwierzchołka Rocky Summit, Bielecki choć nie był na szczycie, aklimatyzował się na nim przed wyprawą na K2 w zeszłym roku.
6. Droga na przedwierzchołek przebiegała powoli, spowalniały ją trudności terenu, niekorzystny śnieg typu cukier oraz rosnące zmęczenie w przedłużającym się wejściu. Dodatkowo wchodzący jako pierwszy Adam Bielecki natrafił na nieznaną przeszkodę lodową pomiędzy dwoma wierzchołkami Rocky Summit. Pomimo opóźnienia wszyscy uczestnicy dotarli na Rocky Summit ok. godz. 16. i byli zdeterminowani, aby kontynuować atak. Wielicki opowiada: – Pytałem: Maciek, jest już dość późno, dacie radę? Odpowiadał, że po to tu przyjechali, że dadzą radę. Zaufałem jego doświadczeniu. Nikt nie mówił, że się źle czuje. Atak był nie do zatrzymania. Nie miałem nawet do tego pretekstu.
7. Pogoda, co widać na zdjęciach, była doskonała. Dokładnie taka, jak przewidywały prognozy. Bez chmur, słonecznie, praktycznie bezwietrznie. Wobec takich prognoz uczestnicy już wcześniej zakładali, że jeżeli atak się przedłuży, to są gotowi wracać po zmroku. Poza dosyć znacznym opóźnieniem, które mogło wynosić ok. 2 godz. w stosunku do założeń, wszystko przebiegało w należytym porządku. Himalaiści byli zmęczeni, ale nikt z nich nie narzekał, nie dawał też oznak wyczerpania. Za Rocky Summit uznali, że teren nie wymaga już asekuracji i rozwiązali się
8. Dalsza droga na wierzchołek zajęła także dużą ilość czasu. Adam Bielecki stanął na nim jako pierwszy o 17.20. Następna trójka wychodziła kolejno w kilku-kilkunastominutowych odstępach, które widać na zrobionym przez Bieleckiego z okolic szczytu zdjęciu w tył na Rocky Summit. W skali wejścia należy uznać takie różnice czasowe za niewielkie. Uczestnicy utrzymywali zresztą ze sobą kontakt wzrokowy. Każdy wchodził na wierzchołek, robił na nim pamiątkowe zdjęcie lub krótkie nagranie wideo i natychmiast rozpoczynał zejście. Małek i Bielecki oceniają czas przebywania na szczycie na od 30 sekund do 2 minut.
9. Adam kontaktował się z Wielickim w czasie ataku i oceniał odległość od szczytu. Próbował skontaktować się także ze szczytu, żeby pozdrowić Wielickiego jego słynnymi słowami z pierwszego wejścia zimowego na Everest: – Zgadnij gdzie jesteśmy? Jesteśmy na szczycie!!! Niestety w jego radiotelefonie doszło do przestawienia częstotliwości. Nie był w stanie tego naprawić i skontaktować się z bazą aż do momentu powrotu do namiotu. Problemy z radiem wystąpiły też u Małka. Doszło do zwarcia. Berbeka z nieznanych przyczyn w ogóle nie używał swojego radiotelefonu. Ze szczytu odezwał się z telefonu Kowalskiego i był to, jak potwierdzają uczestnicy konferencji rzeczywiście jego ostatni kontakt z bazą. Nastąpił o godz. 18. Do ok. 23. Wielicki miał kontakt tylko z Kowalskim.
10. Bielecki i Małek schodząc rozmawiali krótko z wchodzącymi na szczyt. Według nich Kowalski nie przejawiał oznak wyczerpania ani też choroby wysokościowej. Proponował Małkowi nawet powrót na wierzchołek w celu nagrania filmu. Małek odmówił, nie był w stanie już podejść. Twierdzi, że Kowalski wyglądał na mniej zmęczonego od niego. Zmęczenie widać było też po Berbece, ale ten zaproponował nawet Małkowi związanie liną w zejściu. Małek odmówił wiedząc, że ze względu na panujące zimno nie będzie w stanie zaczekać na dwójkę himalaistów. – Wiedziałem, że jak zatrzymam się na 5 minut i poczekam, to zamarznę – mówi. Każdy postój powodował natychmiastowe wyziębienie, które przejawiało się w drgawkach ciała. Pojawił się element strachu o zejście, który motywował do przyspieszenia tempa i nie robienia postojów. Adamowi Kowalski odpowiedział wcześniej, że czuje się „ok”. Berbeka, któremu Bielecki pogratulował kiwnął tylko głową. To były, jak się później okazało ostatnie spotkania z zaginionymi następnego dnia wspinaczami.
11. Przewaga, którą Bielecki uzyskał w zejściu była wynikiem schodzenia w 2/3 grani jeszcze w świetle zachodzącego słońca i jasności dnia. Małek potwierdza, że po zapadnięciu zmroku jego tempo schodzenia drastycznie spadło. Nie było chmur, ale też noc była ciemna, bez światła księżyca. Bielecki podczas zejścia miał problemy fizjologiczne, wymiotował ok. 10 razy. Po dojściu do obozu, które nastąpiło nie o 21., jak podawał pierwszy komunikat, ale o 22.10 (Bielecki twierdzi, że nawet o 23.) zgodnie z prawidłami sztuki zaczął gotować wodę dla schodzącego partnera. Obserwował światło czołówki. Gdy znikło, zaczął się martwić i wyszedł w kierunku schodzącego, ale był w stanie w ciągu ok. pół godz. pokonać jedynie 50 m drogi w górę. Dalsze podejście ze względu na skrajne zmęczenie i bardzo wolne efekty mijało się z celem. Na szczęście okazało się, że chwilowe zaginięcie Małka było spowodowane wyczerpaniem baterii w czołówce. Ich zmiana zajęła ok. 40 min. Małek dotarł do „czwórki” o 2. w nocy (Bielecki określa tą godzinę na 3.)
12. Coś nieprzewidzianego wydarzyło się ok. godzinę po ostatnim kontakcie ze szczytu w drodze powrotnej. Kowalski w kontakcie z bazą stwierdził, że nie jest w stanie podejść pod wierzchołek Rocky Summit. – Nie widzę Maćka, nie mogę podejść pod Rocky Summit. Jestem słaby. Nie mogę iść. Zmarzłem. Mam białe ręce –
mówił. Na pytanie: „Gdzie masz rękawice?” odpowiadał: – Nie wiem.
Takie zachowanie, jak irracjonalne zdejmowanie rękawic bywa objawem zaburzeń percepcji spowodowanych wysokością.
Dalsze jego droga zejściowa była motywowana przez Wielickiego przez radio. Jak twierdzi kierownik, w ciągu nocy łączył się ok. 6-7 razy z Kowalskim. Ten mówił, że nie może iść, robił dwa kroki i dalej stawał. Organizm wspinacza przypominał urządzenie funkcjonujące na wyczerpujących się bateriach. Himalaiści podejrzewają, że doszło do wyczerpania energetycznego organizmu, które mogła wzmóc narastająca choroba wysokościowa oraz być może wyziębienie, a w efekcie hipotermia, spowodowane przez coraz częstsze postoje.
13. Wszyscy wyrażają bardzo duże zdziwienie tak szybkim osłabieniem i pogorszeniem stanu zdrowia Kowalskiego, biorąc pod uwagę, że nie dość, iż stanął na wierzchołku, to jeszcze nie przejawiał niepokojących oznak. Ale historia himalaizmu zimowego zna już dwa, być może nie tak gwałtowne, ale podobne przypadki, które każą sądzić, że w zimie na dużych wysokościach wszystkie znane stamtąd problemy zdrowotne mogę się gwałtownie eskalować. Nie były prowadzone na ten temat nigdy żadne badania, a owe sytuacje nie znalazły też wyjaśnienia. W 1986 r. podczas wyprawy zimowej na Kanczendzangę zmarł jeden z najsilniejszych polskich himalaistów, partner Jerzego Kukuczki, wraz z nim pierwszy zimowy zdobywca Dhaulagiri, Andrzej Czok. Po dojściu do obozu IV zasłabł, jego stan gwałtownie się pogorszył. Zniesiono go do „trójki”, w której zmarł. Ten proces trwał zaledwie 6 godz. Z kolei rok temu wielką rosyjską wyprawę na K2 przerwała niespodziewana śmierć Witalija Gorelika, równie mocnego, doświadczonego, ale jeszcze młodego himalaisty. Po powrocie z akcji powyżej 7000 m lekarz stwierdził u niego poważne odmrożenia, jednakże nielotna pogoda w kolejnych dniach uniemożliwiła ewakuację rannego. Według jednych źródeł powikłania po odmrożeniach były wynikiem zgonu, jednak bardziej wiarygodne mówią, że spowodowała go niewydolność serca.
14. Nie wiadomo, nie można tego jednoznacznie stwierdzić, czy Maciek Berbeka był obok Kowalskiego podczas zejścia, czy mu towarzyszył. W rozmowach Tomek mówił raz, że go widzi, innym razem, że nie. W jednym z połączeń Kowalski wyraźnie powiedział jednak w liczbie mnogiej: „będziemy biwakować”. Wskazywać by ona mogła na obecność Maćka w pobliżu. Jednak na kolejne pytanie Wielickiego, o to gdzie są, po odpowiedzi „na kamieniu” i prośbie o przekazanie telefonu Maćkowi, nastąpiła kilkusekundowa przerwa, skwitowana stwierdzeniem: – Maciek nie chce gadać.
Czy było tak naprawdę? Czy jedynie schorowana wyczerpaniem, a być może już także wysokościowym obrzękiem mózgu wyobraźnia stworzyła obraz partnera obok? Nie dowiemy się. Wiadomo, że wrażenie obecności kogoś obok jest znanym i opisywanym na takich wysokościach, przy skrajnych stanach organizmu fenomenem, doświadczył go nawet sam Krzysztof Wielicki podczas samotnego zejścia z Dhaulagiri.
Wrażenie, że Kowalski już wtedy nie wiedział, co się z nim dzieje, potęguje fakt, że ani razu nie poprosił o pomoc. Zgłosił tylko problemy z oddychaniem, Wielicki zalecił mu zażycie heparyny, deksametazonu oraz nifedypiny. Tej ostatniej Kowalski już raczej nie zażył, gdyż jak zakomunikował, zgubił apteczkę.
W ostatniej rozmowie pojawił się temat raka, który spadł mu z niewiadomego jednak powodu. Nie wiadomo czy po upadku czy też na skutek innego czynnika.
15. Nie można jednoznacznie stwierdzić co było przyczyną śmierci alpinistów. Nad ranem z bazy kucharz widział światło czołówki na wysokości szczelin. Nie ma wątpliwości, że był to schodzący Maciej Berbeka. Mógł wpaść do jednej ze szczelin, ale też upaść na stromym stoku i spaść w przepaść znajdującej się pod nim ściany. Nie można wykluczyć, że do wypadku przyczyniło się także wyczerpanie energetyczne organizmu. Może zresztą było ono przyczyną śmierci. Nie było „biwaku” sensu stricto, a raczej powolne, trwające całą noc schodzenie. Adam Bielecki twierdzi, że nigdy nie zdecydowałby się na zimowy biwak na takiej wysokości. – Ja bym chyba czegoś takiego nie przeżył – przyznaje.
Można uważać, że Tomasz Kowalski zaległ w miejscu, z którego nie miał siły już dalej iść. Jednak równie prawdopodobne, jak twierdzą Wielicki i Hajzer, jest to, że jednak podjął próbę schodzenia i spadł. Jeżeli tak to czy na stronę pakistańską czy chińską? Czy człowiek w takim stanie zdawał sobie jeszcze w ogóle sprawę gdzie iść? To są pytania, które pewnie na zawsze zostaną bez odpowiedzi. Jedyną odpowiedzią na nie jest motto z ks. Tischnera, którym rozpocząłem tekst o tym tryumfie i dramacie w poprzednim wydaniu Tygodnika: „Góry milczą, wszystko, co milczy nadaje się do przechowywanie ludzkich tajemnic”.
16. Nie można oskarżać młodych himalaistów o bierność wobec dramatu na górze. Gdy Adam Bielecki w godzinach nocnych zobaczył światełko na grani, przeraził się. Kontaktował się z Kowalskim, także motywował go do schodzenie. Rano kolejną próbę podejścia wyżej z termosem z herbatą podjął Małek. Przerwał ją po zaledwie 30 metrach. Fizycznie nie był w stanie iść pod górę. Pakistańczyk Karim Hayat tego dnia 6 marca ok. godz. 13. dotarł samotnie, choć nikt nie wymagał od niego ryzykowania życia, aż do wys. 7700 m. Nie trafił na żadne ślady schodzących. Wobec braku innych środków i sił poszukiwania w górnych partiach szczytu nie były kontynuowane. Należy to zrozumieć, podobnie jak inne decyzje podejmowane przez uczestników wyprawy. Determinacja i chęć zdobycia szczytu ciągnęła ich w górę aż do późnych godzin popołudniowych. Podejmowali ją za siebie nie tylko młody Kowalski, ale też doświadczony Berbeka. Decyzji o rozdzieleniu się podczas zejścia nie można oceniać w kategoriach trafności. Była ona jedyną możliwą. To nie był wybór pomiędzy pomocą kolegom a schodzeniem, ale raczej między ciągłym ruchem a bezruchem i śmiercią. Trudne fragmenty zejścia były zabezpieczone poręczówkami. Na innych takie samo ryzyko poślizgnięcia się, potknięcia, upadku w przepaść groziło w równej mierze wszystkim uczestnikom. Ale byli oni doświadczeni i przygotowani na takie trudności oraz ryzyko. Wysuwając oskarżenia o bierność i nie udzielenie pomocy zbliżamy się za bardzo do żądania ofiary, bo tym musiałoby w tych warunkach skutkować oczekiwanie na wolniejszych kolegów i próba pomocy im. Nawet mimo panującej wówczas rzadko spotykanej zimą w Karakorum tak dobrej pogody, zapominamy, że temperatura w godzinach wieczornych wynosiła ok. minus 35 stopni, a młodzi wspinacze mieli za sobą 17 do 21 godzin ekstremalnie ciężkiej akcji górskiej i byli wyczerpani. Artur Małek dotarł do obozu IV resztkami sił.
17. Nie znaczy to oczywiście, że sprawa jest zamknięta, wszystko zostało wyjaśnione. Artur Hajzer oraz uczestnicy powiadomili o tym, że w Polskim Związku Alpinizmu zostanie powołana specjalna komisja, która zajmie się wyjaśnieniem szczegółów ataku szczytowego i przyczyn dramatu, wskazaniem ewentualnych błędów popełnionych przez członków wyprawy lub też uchronieniem ich przed groźbą niesłusznych oskarżeń. Na pewno zostaną przeanalizowane materiały zdjęciowe, filmowe oraz nagrania rozmów które Krzysztof Wielicki prowadził z uczestnikami ataku.
W świetle dotychczasowej wiedzy wszelkie oskarżenia pod adresem młodych himalaistów, kierownika wyprawy oraz twórcy i organizatora programu Polski Himalaizm Zimowy są nieuprawnione. Zaledwie 6 żyjących himalaistów przekroczyło zimą wysokość 8000 m w Karakorum i stanęło na szczycie znajdujących się w tych górach ośmiotysięczników. Oprócz Bieleckiego i Małka są to Włoch Simone Moro (wywiad z nim ukazał się w poprzednim wydaniu Tygodnika Powszechnego), Kazach Denis Urubko i Amerykanin Cory Richards. Niewielu, jak Alek Lwow, partner Berbeki z nieudanego ataku w 1988 r. czy Robert Szymczak, doktor medycyny wysokogórskiej, dotarło sto czy dwieście metrów niżej. Tym samym niewiele osób ma realną wiedzę na temat warunków i trudności wspinaczki zimą w Karakorum na wysokości, na której doszło do tragedii.